Szukaj na tym blogu

sobota, 6 sierpnia 2011

Dlaczego podatki? (cz.2 c)

( z cyklu: podatki to złodziejstwo)
(Podatki spełniają kilka funkcji, miedzy innymi
zapewniają równowagę zarówno
społeczną jak też gospodarczą,
są narzędziem służącym do
 przywracania równowagi gospodarczej.)


Produkcja, usługi, kultura,
wszystko w czym uczestniczy jednostka
ma charakter społeczny.

Człowiek jest indywiduum niepowtarzalnym
chce być wolnym i móc realizować siebie.
-to jedna strona medalu.
Nie jest jednak samowystarczalny
-jakby nie próbował nim być.
Zatem  jest jeszcze
druga strona medalu .

Jak wyprodukować
cokolwiek?
-To proces
wielowątkowy
na każdym etapie społeczny.

Spróbujmy wycenić wkład
każdego z uczestników,
który wziął  w nim  udział.
-Tego wycenić się   nie da.

A więc mamy do czynienia z arbitralnością.
Która jest lepsza.
Nieudolnie biurokratyczna
próbująca kierować się kryteriami racjonalnymi.
Czy   ocena rynku, który wprawdzie pokazuje kierunek
ale nagradza  przypadkowo,
a więc niesprawiedliwie.

(Jeżeli)- większość produktów naszej cywilizacji
nie powstałaby bez fizyki kwantowej,
-to czy to ma oznaczać, że największe tantiemy
powinni otrzymywać z tego tytułu spadkobiercy tych,
którzy ją stworzyli?

(Jeżeli) chcemy kierować się "wkładem"
 uczestników procesu w powstanie produktu.
( a jeżeli nie tym to czym?- w aspekcie złodziejskim)
Liczyć "wkład":
-pracy
- wagi.
Redystrybucja ma na celu wyrównanie
niesprawiedliwości wynikającej z procesu rynkowego
Robi to w sposób niedoskonały
- będąc niedoskonałą jest lepsza niż jej brak.

Tymczasem  według ciebie ma być gratyfikowany
wyłącznie ten, który dysponując kapitałem
kierował powstawaniem produktu rynkowego.
-Bez Heisenberga i sprzątaczki g. by zrobił.

(Tylko) po co opowiadać, że   zysk należy się
za pracowitość, innowacyjność, zaangażowanie itp.

-A w wypadku dziedziczenia majątku, lub biedy:
cała konstrukcja rynkowej nagrody bierze w łeb.

Państwo złodziejem(cz.2b)

Mówisz, że zachowanie państwa 
i gangstera ściągającego haracz za opiekę
jest tym samym. 
Gdzie zatem  są różnice, jeśli są ?
Czy słyszałeś żeby ci którymi "opiekują" się gangsterzy
prosili gangsterów o opiekę?
Czy raczej  wolą opiekę policyjną sprawnego państwa. 
-Twoim zdaniem  haracz ściągany przez  państwo 
i gangsterów- to ten sam  proceder.
Gdy nie ma dobrze działającego państwa,
to opiekę nad obywatelami przyjmują
nastawieni na zysk
gangsterzy.
Masz alternatywę!
I jedni i drudzy stosują przemoc -masz rację.
Jedni działają non profit, drudzy dla zysku.
Co wybierasz ?
-Ludzie jakoś wolą, jeśli maja wybór,  płacić państwu,
a nie gangsterom.

Soros zarobił? (cz.2 a)

Czy Soros,
który w ciągu kilku dni zarobił miliard dolarów
jest rabusiem? Nie jest.
A przecież tylko bandytom rabującym np. bank
 zdarzają się tak wielkie, w  krótkim czasie osiągane "zyski".
Nikt takich pieniędzy nie jest w stanie zarobić
- pracą, działalnością produkcyjną, czy usługową.
Tylko spekulacja i bandytyzm (kradzież) dają takie dochody.
Jedna z tych działalności jest legalna druga nie.

Dlaczego nie jest rabusiem.?
Choć to co robi jest, jak najbardziej, rabunkiem,
bo nic nie daje tylko zabiera.
Tylko z jednego powodu, że społeczeństwo
demokratycznie dopuszcza grę w którą on gra.
Gdy zostanie zakazana będzie przestępstwem.
Jak widzisz  w życiu co jest,
a co nie jest przestępstwem,
co jest moralnie potępiane, a co nie
- jest sprawa umowną.
Albo zyskuje powszechna zgodę albo potępienie.
Kiedyś lichwa była czymś godnym pogardy.
Dziś światem,  twarda ręką, rządzą rynki finansowe.

Zadanie dla kota

"Zadanie
dla kota. Wykazać, że pod tą definicję popada zabranie haraczu przez gangstera w
zamian za opiekę (gangu) i nie podpada zabranie daniny (oficjalna nazwa podatku)
przez urzędnika skarbowego w zamian za opiekę (państwa)."



-Nie znasz mnie -kot nie wydaje  okrzyków.
Na początek dziękuje 
za poruszenie tematu, 
który czekał u mnie na okazje.
I wbrew temu co mówi @1983 nie ma się czym denerwować. 
-Wykażę!
Tyle że zrobię to,  zauważ, za Ciebie. 
Gdyż to Ty powinieneś wykazać związek  
między gangsterem, a państwem, 
którego nie udowodniłeś. 
Twoje zdanie, że  jeden i drugi (podmiot)
bierze od Ciebie pieniądze i daje w zamian opiekę
nie jest dostatecznym uzasadnieniem.
Zauważ, że nie mówię  o żadnych oczywistościach!
Właśnie o to chodzi 
żeby nie iść na łatwiznę pozornych analogii.
-Niech więc będzie 
biorę dowód na siebie. 
-Państwo, czy coś podobnego, w każdym czasie, 
także w kapitalizmie, jest koniecznością.
-Bez gangsterów jakoś się obędzie. 
-Robisz analogię  między 
związkiem koniecznym i niekoniecznym,
a to nie mała różnica.
-"Państwo kradnie nakładając podatki."
Sam jak inni 
austriacy, a raczej korwinięci, 
nie zgodzisz się, 
z takim postawieniem sprawy, 
bo jednak na wojsko policje,
a przede wszystkim 
na funkcjonowanie systemu prawnego,
chciał nie chciał,   
trzeba podatki ściągać.
A zatem ostre twierdzenie podatki=kradzież,
które postawiłeś jest nieuprawnione 
-pozbawione sensu, czyli jest epitetem.



Aby jednak zrozumieć o co tu chodzi
do sprawy trzeba podejść od zupełnie innej strony.
(O tym w cz. 2 odpowiedzi)




piątek, 5 sierpnia 2011

Im dalej na wschód od centrum, i nie zapominajcie o kapitalizmie


Nie zrozumiemy tragedii w Smoleńsku, nie zrozumiemy sporu o powstanie warszawskie, nie zrozumiemy przyczyn wielu nieszczęść, które nas spotykają, dopóki nie przyjmiemy do wiadomości prostej prawdy:
życie ludzkie jest w Polsce tanie, bo tania jest tu ludzka praca. 
Sedno problemu nie leży w świecie idei[!?]
To nie romantyzm, mesjanizm, tradycja insurekcyjna czy narodowy „kult śmierci” jest przyczyną taniości ludzkiego życia. To wpisany w nasze w prawo, instytucje, dyskurs medialny i praktykę życia codziennego 
brak szacunku dla człowieka, 
który jest pracownicą lub pracownikiem.

Uczestniczymy w tym świecie: jako kobiety i mężczyźni, jako przedsiębiorcy i pracownicy, jako dziennikarze i czytelnicy gazet. Nie zawsze mamy wybór.  Rzadko mamy okazję przyjrzeć się mu jako całości i zakwestionować jego racjonalność. Katastrofa Smoleńska i raport Millera to dobra okazja, by wreszcie o tym pomyśleć. Dlatego mam nadzieję, że o Smoleńsku będzie się mówiło jeszcze długo. Ale pod jednym warunkiem. Kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o Smoleńsku. 

                                                Adam Ostolski

Podatki to kradzież

Używasz słowa kradzież.
Co to jest kradzież? Żaden słownik nie określa go tak, jak to robią "wierni" tacy jak Ty. Wchodzisz w dyskurs racjonalny, a używasz słów niezgodnie z ich znaczeniami.
Do czego to prowadzi -do niczego. A więc co Ty robisz?
Gadasz z kimś czy odprawiasz rytuał  swojej wiary.
Zachowanie racjonalne nie potrzebuje,
ba wręcz nie znosi epitetów, używanych zamiast desygnatów.

O czym piszą spekulanci od Kuczyńskiego

[Spekulanci to fachowcy, 
od najbardziej znaczącego działu 
-rynku finansowego.
O tym rynku wiedza więcej od książkowych ekonomistów.]
Działania FEDu poprzez wprowadzenie QE nie mają większego wpływu na poprawę sytuacji w realnej gospodarce. Proszę sobie zobaczyć jaki był wpływ QE2. Oprócz wzrostu indeksów giełdowych, cen ropy i surowców, w realnym życiu przeciętnego Amerykanina sytuacja uległa tylko pogorszeniu. Konsumpcja spada, ilość udzielanych kredytów maleje, ceny nieruchomości wciąż spadają, maleją inwestycje i płace. Wprowadzenie QE3 zostałoby więc bardzo źle przyjęte przez wyborców i praktycznie przekreśliłoby szanse Obamy na reelekcję w 2012. Oczywiście wszystko zmieniłoby się gdyby kongres uchwalił nowy pakiet pomocowy dla Amerykanów (np. kolejne dopłaty do nowych samochodów lub dopłaty do kredytów hipotecznych, itd.). Na to jednak nie ma żadnych szans a QE3 niczego nie poprawi (oprócz wyników giełdowych).


[i jeszcze] 


"FED nie drukuje pieniędzy w sposób fizyczny a jedynie udziela bankom kredytu (wirtualnego), które z kolei powinny przeznaczyć go na kredyty dla Amerykanów. Niestety gospodarka amerykańska znajduje się w głębokiej, wieloletniej deflacji (podobnie jest od lat w Japonii). Banki wiedzą, że na rynku panuje duże ryzyko i są niechętne w udzielaniu kredytów, ludzie natomiast ich nie biorą, bo ich na nie po prostu nie stać. Pieniądz nie trafia do realnej gospodarki, co pociąga za sobą spadek konsumpcji, malejące inwestycje i brak inflacji. Co innego w Chinach, tam kredyt trafia do gospodarki zwiększając inwestycje i inflację"
                                                                 oba:        @jack

Twarzą w twarz z człowiekiem

Breivik chodził  po tej wyspie
 patrząc w oczy zabijał.
I tak kilkadziesiąt razy.(Chyba widział kogo zabija)
W Żandarmerii niemieckiej służyli
zrównoważeni,  ustabilizowani, ojcowie rodzin
po trzydziestce. Prowadził taki Żyda  do
czasami odległego dołu, rozmawiał z nim,
potem strzelał mu w głowę.
W eksperymentach psychologicznych
przypadkowo dobrani studenci
zadawali cierpienia swoim kolegom,
gdy ich odpowiednio poinstruowano.

Breivik  zachowywał się raczej jak polityk
niż jako rasista.
Zauważ, że nie próbował eksterminować tych, których
nie chciał w swoim kraju widzieć.
On chciał eksterminować polityków, którzy do
tego dopuszczają.

Historia zna mnóstwo mordów,
które usprawiedliwiała polityka.
Cała historia ludzkości nią stoi.

Breivik jest mordercą, bo nie miał stempla politycznego.

@austriakowi z Krytyki

"Gospodarka USA nie potrzebuje więcej konsumpcji! 
Potrzebuje więcej inwestycji,
 a więc niezbędne jest zwiększanie oszczędności. 
......... Nie ma oszczędności 
= nie ma inwestycji  = nie ma nowych miejsc pracy"


Hm. Teoretycznie myśląc.
 Brak związku koniecznego! 


między poziomem oszczędności,
 inwestowaniem i  w jego wyniku 
powstawaniem nowych miejsc pracy. 


Na skutek ich nieopodatkowania powstają
nadwyżki (oszczędności)  w rekach kapitalisty
(pomijam oszczędności klasy średniej, 
które kurczą się nie tylko z powodu rozrzutności).  
-Nadwyżki nie są wystarczającym powodem 
 aby inwestować, gdy brakuje popytu.
-Może je "zanieść" je  do banku, 
który je jeszcze pomnoży 
(co z tego! jeśli ruch pieniądza dalej jest powolny)
Z  banku ktoś inny może je wyjąć. 
-ale nie musi!
Zrobi to  tylko wtedy gdy będzie przekonany, 
że po zainwestowaniu  znajdzie nabywcę
na swój przyszły produkt.


-Może wreszcie wydać je na wyrafinowaną konsumpcje,
pobudzając popyt na drogie produkty. 
Tyle, że rynek produktów luksusowych jest płytki 
więc w niewielkim stopniu wpływa na 
trwały  trend  gospodarczy. A w warunkach niepewności 
nawet bogaty traci ochotę do wydawania pieniędzy.


Pieniądze więc przepływają powoli 
(albo są w  zatorach).
W bankach oprocentowanie spada ale przy braku 
chętnych do kupowania, to nie wystarcza 
aby pobudzić inwestycje. 
Pieniądze  w bankach 
-towary w magazynach a nie   w domach.
Brak nowych inwestycji.
Oszczędzanie na kulturze, oświacie, socjalu
ludzie nie maja pieniędzy, nie kupują
magazyny pełne, produkcja zamiera.
-gospodarka  pełznie. 


-Może wreszcie  zanieść je do Chińczyka, 
który nie tylko  je zainwestuje
ale jego towar będzie tani,
 znajdzie nawet ubogiego nabywce.
Tylko, że wtedy  wtedy "kotku" 
 powstaną miejsca pracy nie w USA tylko w Ch.R.L.


A teraz  coś osobistego. 
Gdy byłem "wyzyskiwaczem kapitalistą"
i gdyby mnie wtedy ktoś zapytał: co wybierasz
wysokie podatki (zmniejszające moje  oszczędności) 
czy popyt na twoje usługi/towary!?
Wybrałbym popyt i wysokie podatki
nie kierując się altruizmem 
ale interesem i możliwością  
wypracowania większego zysku.

Oczywiście kapitalistów, 
którzy się podobnie  zdeklarują 
trudno znaleźć  
-nikt nie lubi płacić podatków.


Jest jeszcze  wyjście dobre 
-ale tylko z punktu widzenia kapitalisty
Jeżeli nie jesteś kapitalistą
- nie jest dobre także dla Ciebie.
 Obecne możliwości gospodarki 
wspierają się na czymś co nie jest 
 trwałe -na tworzeniu super bańki.


Co będzie gdy Chińczycy 
przestana produkować tani towar.
Gdy stworzą klasę średnia 
i wewnętrzny rynek?
Nikt inny nie jest w stanie ich w tym zastąpić.
Wtedy będzie trzeszczeć!



czwartek, 4 sierpnia 2011

Świat(y) równoległe

Żyjemy w dwóch.
A dokładniej jedni w jednym drudzy w drugim.
Ale są tacy, którzy żyją jedną nogą w jednym -drugą w drugim.

-W jednym powstają  skomplikowane
koordynowane z tysięcy części  konstrukcje
dopasowywane z dokładnością do milimetra.
Przedsięwzięcia, które wydają się
przekraczać możliwości ludzkiego rozumu.
-Z drugiej mamy  mamy humanistów,
Kaczyńskiego, Macierewicza,
sekundującą im Staniszkis.

Wersja Smoleńska
ewoluowała  w ustach Macierewicza,
od  oskarżeń najwyższych o zbrodnie,
do czepiania się słówek.
-Kaczyński z poważną miną mówi
coś co mogłoby być pretensją do znajomego na imieninach:
 że wizyty zostały rozdzielone- więc jesteś zbrodzień.
Na imieninach takie rzeczy mówi się po pijaku,
a On- mówi w świetle jupiterów.
Konferencja ekspertów zostaje przerwana
tylko po to aby takie rewelacje usłyszeli obywatele.
 Nie pytam czy tu ktoś jest idiotą,
czy innych traktuje jak idiotów.
Niepokojąca jest milcząca, skupiona zgoda
na wysłuchiwanie takich wypowiedzi.

A strasznie robi się wtedy gdy
wypromowany politycznie delikwent
nie niepokojony skrupułami technicznych możliwości
zaczyna wierzyć w to co mówi,
bo wtedy następuje przekroczenie świata fikcji
A w realu samoloty spadające rozbiją się.
Śmierć jest śmiercią , a nie dziennikarską
lub polityczna kaczką.

środa, 3 sierpnia 2011

jak poznać,że polityk kłamie

-Gdy zaczyna mówić o prawdzie.

Macierewicz

Jeżeli lekceważy się prawa logiki,
 fizyki (ekspert od brzozy),
 i nawet polityki...
I takie myślenie czyni  znaczącym
-publicznym
-to samoloty będą dalej spadać na ziemie,
i nieszczęścia na Polaków.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Wielka symetria

"Idea symetrii zajęła centralne miejsce w opisie świata fizycznego"
-dalej za Wilczkiem jego definicja
( intuicyjna, nic nadzwyczajnego):
"Jeśli obiekt wygląda tak samo z różnych punktów widzenia."
Ale gdzie indziej tenże Wilczek mówi:
"uświadomienie dwóch jego[Świata] przejawów
-jako czegoś[na równi] względnego, jak absolutnego."
I tu   moim zdaniem nie zmieścił się,
lecz poszerzył formułę !
Bo czymże innym jest -przeciwstawienie (opozycja)
-to już nie to samo -z rożnych punktów widzenia.
(W tej szerszej formule symetrią jest równanie matematyczne
jego prosta forma po jednej stronie równania
i nieraz piętrowo złożona po drugiej.)
-Fizycy zdają sobie sprawę,
że jeśli znajdują jakiś obiekt fizyczny,
to  powinni szukać obiektu bliźniaczego (powiązanego).

-"Do tańca trzeba dwojga"
Obok trwałości szukajmy zmienności.
Obok zmienności szukajmy trwałości.
Obok zła -dobra. Obok dobra -zła.
(jakby je nie rozumieć)

A więc święty nie taki znów święty,
a diabeł nie taki jak go malują.
Zawsze w parze.
Oto symetria Panowie!
I mniej oburzania się.
Mniej wyższości moralnej.

Czy to o tym od lat wiedzieli Chińczycy?
Kryzys początkiem nowego
Zagrożenie -szansą.

-Roznieca optymizm- gdy jesteśmy na dnie
i sprowadza krótką euforie powodzenia
do właściwych rozmiarów.

Symetria pozwala też na wyzwolenie z piętna grzechu
(strasznego czynu)
i to nie przez ukorzenie się -ale wyprostowanie.
i spokojną zadumę
-co dalej.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Jeżeli inżynier źle posadowi  budynek, który sie zawali,
to nie ma dyskusji. Dlatego budynki się nie zawalają.
Nie ma także sytuacji, w których inżynier, który się pomylił
w obliczeniach obstawałby przy tym, że są dobre,
a tym bardziej dziwił,
że budynek się zawalił gdy obliczenia były błędne
Inżynier zna granicę nieprzekraczalne,
poza którymi dywagacje się kończą
i zapadaja dla wszystkich zrozumiałe rozstrzygnięcia.
Smoleńsk to typowe zjawisko inżynierskie, które
jest rozgrywane politycznie.
Lot nieprzygotowany nie powinien się odbyć.
I jeżeli się coś schrzani
-mięć pretensje do wszystkich tylko nie do siebie

Szahaj

[ - trzeba to dać w całości
Najlepszy ze znanych mi opisów neoliberalizmu.  Może nic nowego nie wnosi ale świetnie porządkuje temat]


Dominujący przez ostatnie trzydzieści lat paradygmat neoliberalizmu wpędził sporą część świata w ślepą uliczkę. Ustanowił bowiem sieć relacji ekonomicznych i społecznych, które muszą prowadzić do potężnych napięć zarówno w obrębie państw, jak i w stosunkach międzynarodowych. Zarazem też unieważnił większość tradycyjnych sposobów ich rozładowywania - takich jak nadzór państwa narodowego nad gospodarką. Stworzył siły, nad którymi nikt nie jest w stanie dziś zapanować. Choćby kapitał spekulacyjny, który kieruje się względami niemającymi wiele wspólnego z racjonalnością przypisywaną przez ekonomię klasyczną działaniu rynku kapitalistycznego; nieprzypadkowo dominująca dziś wersja kapitalizmu zyskała sobie miano "casino capitalism", czyli kapitalizmu, w którym stopień niepewności i ryzyka równy jest grze w ruletkę. I w końcu - dokonał gruntownego przemodelowania naszego myślenia, a coś, co stanowiło kiedyś utopijny projekt oparcia całości naszego życia społecznego na relacjach rynkowych, wydaje się nam dziś oczywistością.


Wszyscy, czy tego chcemy, czy nie, myślimy dziś wedle schematów neoliberalnych, które tak utożsamiły się z „normalnością”, „zwykłością”, „zdrowym rozsądkiem”, że mogą wręcz stanowić klasyczny przykład tego, co Pierre Bourdieu nazwał kiedyś „przemocą symboliczną”. Przerwać ten stan rzeczy będzie bardzo trudno (na tym polega opisywany przez Sierakowskiego „brak rzeczywistego wyboru” i „zanik różnic między partiami w sprawach gospodarki”).


Aby to zrobić, potrzebujemy przede wszystkim dokładnej diagnozy sytuacji, zrozumienia błędów i stworzenia rejestru złudzeń, jakim ulegliśmy.

Wiara Thatcher, wiara Polaków

Jak to się stało, że cywilizacja zachodnia ponownie uległa ideologicznemu zaczadzeniu objawiającemu się uznaniem pewnej doktryny ekonomicznej (monetaryzmu) za uosabiającą całą ekonomiczną Prawdę? 

Zaowocowało to m.in. zepchnięciem na margines tych modeli gospodarowania (związanych np. z koncepcjami ekonomicznymi Johna Maynarda Keynesa, Johna Kennetha Galbraitha czy Gunnara Myrdala), które uznawały rynek za jeden z wielu, a nie za jedyny sposób regulacji stosunków ekonomicznych czy społecznych. Tamte modele doceniały rolę państwa, nie dyskwalifikowały całkowicie innych niż prywatna form własności. Wreszcie - uznawały redystrybucję społeczną za konieczny i per saldo opłacalny dla wszystkich element dobrego społeczeństwa, a nie zło, które trzeba tolerować w imię zachowania pokoju społecznego.

Dlaczego ci, którym bliskie były ideały liberalne, pozwolili na zmonopolizowanie sposobu myślenia o liberalizmie, doktrynie wewnętrznie bogatej i zróżnicowanej, tym, którzy reprezentowali tylko jedną, uproszczoną jego wersję? Jak można było dopuścić do kompromitacji idei, która stanowiła jedną z najcenniejszych w naszym dziedzictwie kulturowym?

W literaturze światowej jest coraz więcej opracowań dotyczących ideologii neoliberalnej, coraz lepiej wiemy, jak to się stało, że grupa ekonomistów i filozofów wywodząca się z Uniwersytetu w Chicago potrafiła wywrzeć tak potężny wpływ na rzeczywistość Zachodu, instalując w jego państwach wersję kapitalizmu nazwaną przez Edwarda Luttwaka "turbokapitalizmem" (trudno przecenić tu rolę polityków pozostających pod wpływem tej ideologii, takich jak Roland Reagan czy Margaret Thatcher).

Jak to się stało, że polski wariant tej ideologii zdołał zmonopolizować nasze myślenie o gospodarce, dobrym społeczeństwie i dobrym życiu? Żyjemy przecież w kraju, w którym ideały neoliberalne wprowadzano w życie ze szczególnym entuzjazmem, łącząc je z technokratyzmem i paternalizmem - objawiającymi się uznaniem, że eksperci wiedzą zawsze lepiej od obywateli, na czym polega dobre społeczeństwo, a zatem mają prawo do wprowadzania swoich przekonań w życie.

Jak my sami daliśmy się przekonać uczniom Miltona Friedmana i F.A. von Hayeka,

•  że ekonomia to nauka ścisła (a nie nauka polityczna) i stąd też cele polityki gospodarczej są oczywiste i dane z góry, a jedynym obszarem dyskusji są środki ich realizacji (jedyne zatem problemy to problemy techniczne);

•  że państwo jest zawsze złe, że zawsze zła jest własność państwowa, zaś własność prywatna zawsze dobra w każdej dziedzinie życia, że jest święta, nawet jeśli używa się jej przeciwko innym;

•  że dobro wspólne to nic innego jak suma interesów poszczególnych jednostek;

•  że jednostka jest zawsze ważniejsza od wspólnoty, a nieograniczona chęć konkurowania z innymi - lepsza od gotowości do współpracy;

•  że jakiejkolwiek planowanie pachnie socjalizmem, a najlepszy ład społeczny zawsze wyłoni się samorzutnie w wyniku tysięcy pozornie chaotycznych działań ludzkich, w tym działań na rynku kapitalistycznym;

•  że każda aktywność ludzka może zostać sprawiedliwie wyceniona przez rynek, a każdy z nas stanowi na owym rynku towar, tak jak towarem są miasta, w których mieszkamy, przyroda, która nas otacza, wiedza, którą nabywamy, sztuka, która nas zachwyca, ludzie, z którymi się przyjaźnimy, i relacje miłości, jakie nawiązujemy;

•  że każdy jest wyłącznym autorem swojego życia i w pełni za nie odpowiada, a jeśli przegrywa, to jest to wyłącznie jego wina;

•  że „przypływ podnosi wszystkie łódki”, a zatem nieograniczone bogacenie się już bogatych przyczyni się do poprawy losu najbiedniejszych itd.

Można zrozumieć, że nasi politycy i ekonomiści, zaczynając przebudowę kraju 20 lat temu, ulegli duchowi czasów. Z drugiej strony - nikt nie miał od nich lepszych pomysłów na szybką przemianę gospodarczą, a ideologia wolnego rynku wydawała się jedynym lekarstwem na gospodarkę zrujnowaną przez tzw. realny socjalizm (i do pewnego stopnia takim lekarstwem była).


Trudno jednak zrozumieć, dlaczego zaproponowany przez nich wariant kapitalizmu uznaliśmy w Polsce za jedyny możliwy i niezmienialny, dlaczego nie zdobyliśmy się do tej pory na debatę na temat tego, czy inne warianty nie okazałyby się w naszym przypadku lepsze, kim jako społeczeństwo chcemy być i na kim powinniśmy się wzorować. Dlaczego pozwalamy, aby nasz wspólny los był wydany wyłącznie na pastwę żywiołowej gry sił rynkowych, czyniąc z braku dalekosiężnej polityki ekonomicznej i społecznej jedyną politykę?

Kto może myśleć inaczej?

Myślę tak jak Sierakowski - tego rozrachunku ze sposobem myślenia o gospodarce i o państwie powinna dokonać strona lewa, bo potrzebne nam są "socjaldemokratyczne reformy", potrzebujemy po prostu Nowego Ładu Gospodarczego (nawiązanie do Nowego Ładu Roosevelta nieprzypadkowe). Pytanie jednak, kto miałby ów nowy ład wprowadzać w życie.
Dziś już wiadomo, że aby kapitalizm od nowa ucywilizować, nadać mu ludzką twarz, nie wystarczy jedynie rewitalizacja państwa jako instytucji zdolnej do objęcia nadzorem gospodarki. Kapitał i rynek kapitalistyczny bowiem się zglobalizowały, zaś korporacje - główni gracze - nie znają ani granic, ani lojalności państwowych. Nie pozostaje więc nic innego, jak tylko solidarne działanie państw zachodnich, które muszą doprowadzić do ustalenia nowych zasad ładu gospodarczego na świecie i z żelazną konsekwencją owych zasad przestrzegać.

Nie jestem jednak w tym względzie nadmiernym optymistą. Obawiam się, że egoizmy państwowe oraz nadzieja na to, że nam się uda, nawet jeśli inni utoną, wezmą górę nad uznaniem, że wszyscy płyniemy na tej samej łodzi i nie ma sensu wiosłować w pojedynkę. Podlizywanie się światowym korporacjom, agencjom ratingowym i bankom „za dużym, aby upaść” w nadziei, że nam akurat nie zrobią krzywdy, przeważy jak zwykle nad wspólnym interesem, by skończyć z sytuacją, w której to ogon macha psem (instytucje, które miały służyć efektywności gospodarowania poszczególnych gospodarek, stają się owych gospodarek panami i dyktują im warunki).

Sprawą ważniejszą są jednak interesy grupowe czy wręcz klasowe i ich wpływ na politykę państw. Ideologia neoliberalna była oczywiście funkcjonalna wobec interesów klasy Nowego (Bogatego) Mieszczaństwa i doprowadziła do znacznego jej wzmocnienia kosztem pozostałych klas, w tym klasy średniej, która początkowo stanowiła głównego adresata zmian neoliberalnych. To ta właśnie klasa podporządkowała sobie państwo, które działało przez długie lata w jej interesie.

Realne zmiany mogłaby spowodować tylko znacząca siła społeczna, świadoma, że jej interesy nie są tożsame z interesami klasy obecnie dominującej. Problem jednak w tym, że struktura klasowa społeczeństw ponowoczesnych uległa znacznej dekompozycji (np. prawie zanikła klasa robotnicza, tradycyjnie stanowiąca przeciwwagę dla burżuazji), zaś dominująca ideologia hiperindywidualizmu (odprysk neoliberalizmu) wdrukowała ludziom przekonanie, że mogą polegać tylko na sobie, a jakiekolwiek działania kolektywne nie mają sensu.

Dopóki nie odrodzi się świadomość wspólnotowa, dopóki ulegać będziemy mitowi, że wszelkie problemy społeczne dadzą się rozwiązać mocą indywidualnej przedsiębiorczości czy spontanicznego kształtowania się najlepszego ładu społecznego (autorem tego mitu, który stał się podstawą ideologii neoliberalizmu, jest von Hayek), zmiany nie zajdą.

A jeśli już wyłoni się podmiot społeczny gotowy doprowadzić do zmiany, będzie on nader zróżnicowany wewnętrznie, albowiem społeczeństwo ponowoczesne jest społeczeństwem rozproszonym, społeczeństwem nisz klasowych, zawodowych, światopoglądowych i estetycznych. Gra toczy się zatem o system sojuszy i porozumień (nawet doraźnych), który może doprowadzić do ukształtowania się jakiejś siły społecznej zdolnej osiągnąć pożądane zmiany drogą radykalnych reform.

Jeśli nie Friedman i Hayek, to kto?

I tu dotykamy kwestii o kapitalnym znaczeniu, a mianowicie tego, na czym owe zmiany miałyby konkretnie polegać. Słowem - jaka miałaby być treść owych socjaldemokratycznych reform, o których pisze Sierakowski. Na czym np. miałaby dziś polegać sprawiedliwość społeczna, do której każda socjaldemokracja się odwołuje?

Wydaje się, że dopóki formacja polityczna Sierakowskiego nie sformułuje szczegółowego programu, dopóty nie uzyska wiarygodności politycznej, o którą tak zabiega. Mam nadzieję, że jest w stanie tego dokonać. Dałoby to bowiem szansę na powstanie nowej, autentycznej, nowoczesnej, uczciwej lewicy, której Polsce tak bardzo brakowało przez ostatnie dwadzieścia lat. Namawiałbym, aby w obrębie owego systemu sojuszy i porozumień łaskawym okiem spojrzała na dorobek ideowy i polityczny tzw. Nowego Liberalizmu (nie mylić z neoliberalizmem!), orientacji w łonie liberalizmu brytyjskiego, która w znaczący sposób przyczyniła się do powstania państwa dobrobytu w Wielkiej Brytanii.

Nową jakość w polskiej polityce można osiągnąć jedynie w wyniku łączenia, a nie dzielenia, szukania sojuszy i formułowania programów, które wyjdą naprzeciw zwolennikom różnych opcji politycznych domagających się zmiany, w tym także socjalliberałom spod znaku Leonarda Hobhouse'a czy Johna Rawlsa, do których sam się zaliczam.

To oni łączyli w swych poglądach akceptację dla gospodarki wolnorynkowej i własności prywatnej z przekonaniem, że należy zrównoważyć negatywne efekty ich działania aktywną polityką państwa zmniejszającego nierówności społeczne i działającego na rzecz sprawiedliwości i dobra wspólnego. 

Sierakowski trafnie zauważa, że taka nowa formacja musiałaby się zwrócić przeciwko całemu establishmentowi politycznemu, zamienił się on bowiem już dawno w Nową Klasę Panującą, która za swe główne zdanie uznała trwanie na uprzywilejowanych pozycjach i czerpanie z nich profitów. Młodolewica znajduje się w trudnej sytuacji, musiałaby bowiem być zarazem antysystemowa, aby przełamać ową spetryfikowaną strukturę interesów partyjnych ("kartelu partii politycznych"), jak i wewnątrzsystemowa, aby zacząć się w ogóle liczyć w zinstytucjonalizowanej polityce, która w kulturze zachodniej od dawna wiąże się z istnieniem partii politycznych (nikt nie wymyślił jak dotąd lepszego i bardziej efektywnego narzędzia realizacji polityki w demokracji parlamentarnej).

W grę wchodzi jeszcze możliwość bycia tzw. nowym ruchem społecznym, który nie ulega tradycyjnej instytucjonalizacji i działa na zasadzie spontanicznej mobilizacji społecznej, trwającej tak długo, jak długo do załatwienia jest jakaś ważna sprawa społeczna (taką formę przybierało wiele ruchów społecznych powstałych w wyniku tzw. kontrkultury w latach 60. XX wieku).

Sierakowski i jego formacja muszą podjąć decyzję, czy wybrać tradycyjną drogę zinstytucjonalizowanej polityki i przybrać formę partii politycznej, czy też zadowolić się statusem nowego ruchu społecznego i - co za tym idzie - okazjonalnym mobilizowaniem sprzeciwu i statusem krytycznego recenzenta całej zinstytucjonalizowanej polityki.

Jeśli zdecydują się na to pierwsze (zinstytucjonalizowaną politykę), to będą mieli szansę pokazać, jak nie uciekać od polityki, a zatem sformułować program radykalnych reform opartych na wyraźnym wyborze aksjologicznym, być może posługując się nawet elementami utopii społecznej (to zawsze niebezpieczna robota, choć bez niej powrót do polityki przez duże P pewnie nie jest możliwy), ale jednak mieszczący się w granicach demokracji, choć starający się ją zmienić od środka np. w duchu ideałów demokracji partycypacyjnej, deliberatywnej czy tzw. grassroots democracy (demokracji na poziomie lokalnym).

Do sformułowania takiego programu potrzeba jednak poważnej i ciężkiej pracy, a nie tylko ponawianych lamentów nad "zabetonowaniem sceny politycznej", jak to robi Sierakowski w swoim "Liście...". Twórcy programu socjaldemokratycznych czy socjalliberalnych reform w każdej dziedzinie życia społecznego powinni uznać, że istnieją różne "kultury kapitalizmu" (aby odwołać się do znanej książki Ch. Hampdena-Turnera i A. Trompenaarsa "Siedem kultur kapitalizmu"), a nie tylko jedna - anglosaska, na której wzorowali się nasi rodzimi neoliberałowie.

W moim przekonaniu, poszukując lepszej drogi dla Polski, powinniśmy odwoływać się do przykładów tych, którym udało się połączyć bardzo wysoką jakość życia (która wcale nie jest tożsama z wysokością produktu krajowego brutto) z równością i sprawiedliwością. Myślę tu przede wszystkim o Finlandii czy Szwecji, w których skala nierówności społecznych (mierzona tzw. współczynnikiem Giniego) jest najniższa na świecie, a poczucie zadowolenia z życia najwyższe. 

***

Mam nadzieję, że Sierakowskiemu i jego środowisku uda się namówić do programu reform socjaldemokratycznych ludzi młodych, przekonać ich, że życie poświęcone wyłącznie zarabianiu pieniędzy, ściganiu się z innymi, pracy ponad siły i konsumpcji na pokaz to życie zmarnowane. Przekonać, że najwyższa już pora na wyrażenie oburzenia (wzorem młodych Hiszpanów), na "przewartościowanie wartości", na nowy ruch kontrkultury, na odejście od narzuconej im przez kulturę masową oraz nader licznych w Polsce neoliberalnych ekspertów wizji życia, w myśl której można być szczęśliwym w nieszczęśliwym społeczeństwie, odgrodziwszy się od niego murem i zamieszkawszy w jednym z licznych gett (osiedli grodzonych) powstających w polskich miastach. Że najwyższa już pora na Nową Solidarność, nową obietnicę równości i sprawiedliwości (stara została roztrwoniona przez ich rodziców).

Mam nadzieję, że w tym procesie budowania nowej świadomości środowisku młodolewicy uda się uniknąć pułapki, jaką zastawia na buntowników system kapitalistyczny - zamiany buntu w jeszcze jeden towar, który się świetnie sprzedaje na rynku idei.

*prof. Andrzej Szahaj (ur. 1958) - wykłada na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zajmuje się głównie filozofią kultury oraz filozofią polityki. Wydał m.in. „Jednostka czy wspólnota? Spór liberałów z komunitarystami a »sprawa polska «”, Warszawa, Aletheia 2000 (drugie wydanie: 2006), „Filozofia polityki” (wraz z M.N. Jakubowskim), Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN 2005. „E pluribus unum? Dylematy wielokulturowości i politycznej poprawności”, Kraków, Universitas 2004, „Teoria krytyczna szkoły frankfurckiej”, Warszawa, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne 2008. Więcej informacji na stronie www.szahaj.com


Źródło: Gazeta Wyborcza


Nędza humanistyki

W tej dziedzinie można mówić bzdury
nieodpowiedzialnie i bez konsekwencji.
Nastąpiło  zerwanie więzi filozofii z wiedzą ścisłą,
której przeciwstawia się humanistykę.
Gdy diabła-myślenia ścisłego- nie ma,
wtedy można "udowodnić"  każdą tezę
i każda jest traktowana poważnie.
Jednym z źródeł tego stanu rzeczy była
błędnie przyjęta nazwa  słynnej teorii fizycznej,
w której mówi się o względności rzeczywistej
zamiast, o bezwzględnym charakterze rzeczywistości.
-A powinno,  o względności jako aspekcie.
Aspekt nie wyczerpuje znaczenia.