Szukaj na tym blogu

niedziela, 22 maja 2011

Do sztambucha, tym, którzy bredzą neoliberalnie




Wojciech Orliński: Wierzy pan w "amerykański sen"?

Steven Hill: Że każdy pucybut zostanie w Ameryce milionerem? Nie. U nas już dawno nikt w to nie wierzy.

Przez wiele lat Ameryka rzeczywiście była krajem wielkich okazji dla ludzi, którzy przyjeżdżali do niej z przeludnionej Europy XVII czy XVIII wieku. Po prostu było tu dużo wolnej ziemi i dobry klimat, łatwo więc było dojść do farmy i pieniędzy. Po drugiej wojnie światowej w miejsce marzeń o farmie pojawiły się marzenia o domu i samochodzie. I zdarzało się, że te sny się ziszczały - proletariusze zaczęli żyć dostatnim życiem klasy średniej. To był piękny okres, ale już się skończył - od dwóch dekad amerykańska klasa średnia jest w ciągłym kryzysie.

Dziś to Europa tworzy lepsze warunki dla klasy średniej od Ameryki. Sen o klasie średniej to już teraz wasz sen, nie nasz.

Twierdzi pan, że Europa to lepsze miejsce do uprawiania małego biznesu. U nas ciągle pokutuje teza, że na Starym Kontynencie jest za dużo biurokracji, a w Ameryce założenie firmy to pestka...

- To nie ja tak twierdzę, pokazują to statystyki. W Europie działa więcej firm typu small business, a pracuje w nich dwie trzecie zatrudnionych w populacji, w Ameryce - tylko połowa. W dodatku te europejskie miejsca pracy są przeważnie oceniane przez pracowników jako bezpieczne, czyli dające stabilność zatrudnienia. Kondycja przeciętnej europejskiej małej firmy jest po prostu lepsza niż amerykańskiej.
Z czego to się bierze?
- Amerykański system gospodarczy zbudowany jest na modelu trickle-down economics, czyli na przekonaniu, że przede wszystkim trzeba stworzyć możliwości rozwoju największym graczom, od których bogactwo będzie "ściekać" do mniejszych podmiotów.

Jak mówią Amerykanie: "Co dobre dla General Motors, dobre dla Ameryki"?

- Właśnie. W Europie nie macie takiego powiedzenia. Proszę porównać sytuację kogoś, kto prowadzi małą rodzinną kawiarenkę w miasteczku we Francji i w miasteczku na amerykańskim Środkowym Zachodzie. Ten pierwszy, jeśli niedaleko niego powstanie sieciowa kawiarnia Starbucks, może korzystać z instytucjonalnego wsparcia na najrozmaitszych poziomach, od samorządu gminnego po programy unijne, ten drugi jest pozostawiony samemu sobie i w starciu z gigantem nie ma szans.

Dlatego w miasteczkach na Środkowym Zachodzie nie ma już nic poza sieciówkami.

Europejski small business jest fascynujący z jeszcze jednego powodu - wy potraficie znaleźć lukę dla małej firmy nawet w sektorach względnie wyrafinowanych technologicznie. Amerykańska korporacja typu General Motors ma tendencję do tego, żeby wszystko albo robić samemu, albo się przenieść z produkcją do Chin, natomiast europejska otacza się wianuszkiem drobnych europejskich kooperantów.

Niedawno rozmawiałem z właścicielem pewnej firmy we Frankfurcie, która wydała mi się symbolem europejskiego small businessu. Ta firma - powstała w miejscu zamkniętego zakładu starego modelu taśmowego - produkuje w zasadzie tylko jedną rzecz: prowadnice do wielkich akumulatorów. Robią to tak dobrze, że nie mogą nadążyć z zamówieniami. Firma zatrudnia obecnie dwadzieścia osób, wysoko wykwalifikowanych robotników, i chce zatrudnić następnych, bo wciąż się rozwija.

W Stanach takie rzeczy się nie udają. Po upadłej fabryce najczęściej zostaje po prostu rdzewiejąca ruina.

W swojej książce pisze pan z podziwem, że kiedy Volkswagen przenosi produkcję z Niemiec na Słowację, wzrasta z tego powodu zatrudnienie i w Niemczech, i na Słowacji. Dlaczego nie udaje się to w Ameryce?

- Produkcję samochodów uruchamia się na tym rynku, który wygląda na najbardziej obiecujący. Prognozy dla amerykańskiego rynku motoryzacyjnego wyglądają źle. Dla chińskiego czy europejskiego - znakomicie. Produkcję samochodów z Ameryki przenosi się do innych krajów nie tylko dlatego, że tam się je taniej produkuje, tylko po prostu dlatego, że w tamtych krajach więcej ludzi kupuje samochody.

Dlaczego właściwie Amerykanie przestali kupować samochody?

- Nie stać ich na nowe. Jeżdżą tymi, które mają, albo kupują używane. Amerykańska klasa średnia się kurczy. Ludzie tracą domki i samochody, bo nie płacą rat. Albo przechodzą na emeryturę i okazuje się, że wszystko to, co mieli odłożone w funduszach, wyparowało w ostatnim kryzysie i zostaje im tylko to, co wypłaca Social Security. Taki emeryt już raczej nie kupi nowego samochodu.

Europejska klasa średnia ma się natomiast dobrze, w dodatku widzimy pojawienie się klasy średniej tam, gdzie jej przedtem w ogóle nie było, czyli na przykład w Chinach. W Chinach klasę średnią szacuje się teraz na 200 mln. To oczywiście niewielki procent chińskiej populacji, ale jednocześnie jedna z najliczniejszych klas średnich na świecie.

ak to się stało, że amerykańska klasa średnia upadła tak nisko?
- Odpowiedź na to pytanie jest bardzo ważna, bo odnosi się nie tylko do analizy obecnego kryzysu, ale też do prognoz na przyszłość. Amerykańskie firmy zareagowały na kryzys, tnąc zatrudnienie. Mniej ludzi pracuje więcej. Tymczasem europejskie przeciwnie - podzieliły pracę między ludzi, tak by starczyło dla wielu.

Dzieje się tak, bo nawet wielkie koncerny, np. niemieckie BMW, Mercedes czy Volkswagen, są współzarządzane przez robotników. Prawo stanowi, że połowa rady nadzorczej to pracownicy firmy. Podobne przepisy obowiązują w innych krajach Unii, w Szwecji i we Francji.

Gdy kryzys dopada firmę amerykańską, pracownicy nie mają nic do gadania. Zarząd po prostu przedstawia im decyzję: dzień dobry, wszyscy wylatujecie, życzymy miłego dnia.

W Europie to niemożliwe. Jeśli pojawia się koncepcja redukcji zatrudnienia, dowiadują się o niej przedstawiciele pracowników zasiadających w radzie nadzorczej. I to oni proponują: "W porządku, wierzymy wam, że konieczne są drastyczne działania, ale może razem wymyślimy coś innego". I wymyślają. Dlatego nawet jeśli ktoś w Niemczech wymyśliłby przeniesienie produkcji BMW do Chin, nie zgodziłaby się na to rada nadzorcza.

Czyli Ameryka zdradziła swoją klasę średnią. Jak to się stało?

- To nie była zdrada, po prostu tak się złożyło. Po drugiej wojnie światowej Europa i Japonia były zrujnowane, a Ameryka tak ekonomicznie potężna jak nigdy przedtem w historii. I przedsiębiorcy czuli się pewnie, a pracownicy bezpiecznie.

W tej sytuacji amerykański przemysł zawarł ze związkami zawodowymi układ, który można streścić tak: wy nam pozwalacie w spokoju zarządzać firmą, a my płacimy wam tyle, żebyście mogli w spokoju żyć. Dzielimy się z wami tortem, tylko się nam nie wtrącajcie. I taki system rzeczywiście działał w latach 50., 60., 70, aż w pewnym momencie przestał. Pracownicy stracili zyski, ale nie zyskali wpływu na zarządzanie firmą.

Tymczasem Europa po wojnie leżała w gruzach. Dosłownie. Dlatego musiano wymyślić sposób na wspólne wychodzenie z biedy. W przemyśle motoryzacyjnym widać to bardzo wyraźnie: zarząd BMW po wojnie nie mógł zawrzeć z robotnikami takiego układu jak zarząd General Motors, bo nie było nic do dzielenia. Odwrotnie, musiał powiedzieć: słuchajcie, sytuacja firmy jest straszna, ale jej odbudowa leży w naszym wspólnym interesie, razem się zastanówmy, co możemy zrobić. Dopiero kilka dekad później to się zamieniło w "razem się zastanówmy, co zrobić z naszym bogactwem".


  • Czyli amerykańscy pracownicy sprzedali swoje prawa za świąteczne premie i dopiero po pół wieku uświadomili sobie, że zrobili zły interes?

- Na krótką metę to był dobry interes. Co by pan wolał: wpływ na kierowanie firmą czy podwyżkę o 50 procent? Całe pokolenia Amerykanów zdążyły skorzystać na tym układzie, przejść na luksusową emeryturę na Florydzie i umrzeć, nie dowiadując się, jakie problemy zostawiają swoim dzieciom i wnukom.

To nie jest przecież tylko kwestia bezrobocia. W czasach powojennej prosperity amerykańskie społeczeństwo zawarło więcej takich transakcji korzystnych na krótką metę, katastrofalnych w dalszej perspektywie.

Na przykład sprawa naszego systemu zdrowotnego. To też brzmiało całkiem sensownie w latach 50.: zamiast powierzyć opiekę państwowym biurokratom, lepiej włączyć ją w pakiet świadczeń, które dostajesz od pracodawcy. Skoro pracujesz kilkadziesiąt lat w jednej firmie, to dobrze jest, gdy ta firma organizuje ci leczenie zębów, posyłanie dzieci do szkół, a na starość wypałca emerytury.

W czasach masowych zwolnień okazało się jednak, że ten system ma zasadniczą wadę: kiedy tracisz pracę, tracisz wszystko. Koniec z lekarzem, koniec z emeryturą. W tej sytuacji nagle znalazło się wielu Amerykanów. Nie ze swojej winy, po prostu dwadzieścia lat temu pechowo wybrali miejsce pracy albo zamieszkania.

W Europie, gdy tracisz pracę, to jeszcze nie jest koniec świata. Lekarz cię przyjmie. Dziecko nie wyleci ze szkoły. Państwo pomoże w znalezieniu następnej. W Ameryce - radź sobie sam.

Nigdy nie mogłem zrozumieć amerykańskiego podejścia do zdrowia: przecież i tak osobę z nagłym przypadkiem trzeba leczyć za darmo...

- Niekoniecznie leczyć! Nie wolno jej tylko odmówić leczenia. Może być tak, że cię przyjmą, wypełnią kartę, lekarz obejrzy - i nic nie zrobi. Niedawno w mediach ujawniono przypadek, w którym chorą bezdomną kobietę szpital wprawdzie przyjął i założył jej wenflon i kroplówkę, ale zaraz potem wyrzucono ją na ulicę. Ze stelażem z kroplówką.

Problem jednak jest przede wszystkim w tym, że najlepsze leczenie to zapobieganie. Jeśli czekasz, aż choroba się rozwinie tak bardzo, że staniesz się nagłym przypadkiem i szpital będzie cię musiał przyjąć, to jest to złe i dla twojego zdrowia, i dla zdrowia twojego otoczenia, i wreszcie dla systemu, który i tak zapłaci więcej.

Nasza opieka zdrowotna jest dużo droższa od europejskiej - wydajemy więcej, a dostajemy mniej. Komercyjne firmy ubezpieczeniowe przez okres kryzysu przeszły nietknięte. Anthem Blue Cross, duża firma zajmująca się opieką zdrowotną, niedawno ogłosiła wzrost dochodów z rynku o prawie 40 proc. Dla uczciwego systemu opieki zdrowotnej ludzie powinni być ważniejsi od zysków.

Amerykański robi dokładnie odwrotnie, dlatego w Ameryce źle jest mieć raka. Nawet jeśli się wyleczysz, możesz usłyszeć od firmy ubezpieczeniowej: "Przykro nam, widzimy w pańskiej historii, że był pan parę lat temu leczony na raka. To znaczy, że niedługo mógłby się pan stać bardzo kosztownym pacjentem, nie ubezpieczymy pana, do widzenia".

Albo odwrotnie: umowa ma górny limit wydatków, które mogą być pokryte z polisy. Przy raku oczywiście ten limit przekracza się bardzo szybko. W pewnym momencie słyszysz więc: "Przykro nam, przekroczył pan limit stu tysięcy dolarów, jeśli chce pan dalej być w szpitalu, to już na swój koszt".
Przysłuchiwałem się debacie na temat prób reformy służby zdrowia, bo akurat byłem wtedy w Stanach, i zdumiała mnie jej niska jakość. Zamiast o sprawach takich jak my teraz Amerykanie debatowali o tym, czy Obama jest islamistycznym maoistą z fałszywym aktem urodzenia. Jak to się stało, że po dwustu latach rozwijania sztuki parlamentarnej debaty macie ją na poziomie zawstydzającym nawet dla przybysza z młodej demokracji?

- To właśnie skutek dwustu lat rozwoju. Jako przybysz z młodej demokracji być może nie do końca rozumiał pan sens spektaklu, który pan obserwował.

Nasi parlamentarzyści nie mówią ani do siebie, ani do swoich wyborców, republikanie do republikanów, a demokraci do demokratów, ani nawet do wyborców przeciwników, bo wiedzą, że są oni tak wierni swojej partii, że żaden argument ich nie skłoni do zmiany przekonań. Oni mówią do tzw. wyborców niezdecydowanych ("swing voters"). Z badań dokładnie wiadomo, co "swing voters" chcą usłyszeć. A to oni decydują o tym, kto wygrywa wybory.

"Swing voters" są ludźmi o niskim poziomie refleksji politycznej. Reagują na proste bodźce - zawsze poprą polityka, który powie o obniżaniu podatków, redukcji budżetu, deregulacjach. Boją się obcych, więc dobrze ich postraszyć tym, że przeciwnik ma jakieś zagraniczne powiązania. Najlepiej zrobić go islamokomunistą pochodzącym z Francji.

Profesjonalny polityk zatrudnia fachowców, którzy mu dokładnie powiedzą, czego w danym sezonie oczekują "swing voters". Dlatego możliwa jest u nas debata, w której ani jedno słowo nie padnie na temat np. systemu zdrowotnego, tylko cała uwaga skupiona będzie na świadectwie urodzenia Obamy. Bo po prostu z badań wyszło, że to bardzo interesuje "wyborców niezdecydowanych".

Oczywiście, Obama tu nie jest święty. Z niesmakiem słuchałem jego przemówienia o stanie Unii - nie powiedział ani słowa o wojnie w Afganistanie. Bo to temat niemile widziany przez "swing voters", w efekcie znaczna część opinii publicznej nawet nie wie, że tam walczą i giną nasi żołnierze.

To, co pan mówi, brzmi apokaliptycznie. Da się jakoś uratować Amerykę?

- Przyszłość świata zależy od tego, czy nauczymy się uzyskiwać więcej z mniejszych zasobów. Na świecie żyje prawie siedem miliardów ludzi, z czego mniej niż połowa cieszy się standardem życia mieszczącym się w kryteriach klasy średniej. Pytanie brzmi: jak podnieść poziom życia tamtej połowy bez obniżania poziomu życia naszej?

Trzeba będzie się nauczyć pozyskiwać więcej z mniejszych zasobów, bo jeśli mielibyśmy się trzymać starych technologii, zwyczajnie zabraknie nam rzadkich pierwiastków na telewizor dla każdego. Musimy się nauczyć pozyskiwać więcej energii z paliwa, lepiej uszczelniać domy, więcej ludzi przewozić komunikacją zbiorową.

Ameryka zatrzymała się w rozwoju. Nie potrafimy oszczędzać. Nasz system ochrony zdrowia pochłania za dużo pieniędzy. Nasze budynki ciągle trzeba dogrzewać albo chłodzić, bo zbudowano je w przestarzałych technologiach. Nasze samochody zużywają za dużo paliwa, a przy tym w Ameryce dla samochodu nie ma alternatywy, podczas gdy Europa rozwija kolej dużych prędkości, komunikację miejską, ścieżki rowerowe, no i wspaniałe deptaki dla pieszych.

Jak wielkim europejskim skarbem jest sama możliwość wybrania się na przyjemny spacer po miejskiej promenadzie! Wielu Amerykanów nie ma takiej możliwości, u nas często drogi buduje się bez chodników.

W Europie w wielu krajach kultywuje się tradycje rodzinnych posiłków. Szkoły i zakłady pracy mają tak ułożone godziny, żeby cała rodzina mogła się spotkać na obiedzie. Wmawiamy sobie, że lepiej chronimy wartości rodzinne od dekadenckiej Europy, ale czy naprawdę amerykańska rodzina, która się spotyka dopiero na późnej kolacji, jest lepiej chroniona? I kto lepiej gospodaruje zasobami: amerykańska rodzina wydająca fortunę na śmieciowe jedzenie czy włoska, która spotyka się na domowym posiłku?


Jest dla mnie jakaś ironia w tym, że gdy pan opisuje to, jak cudownie się w Europie je, pracuje, leczy i spaceruje, to prawie zawsze chodzi o Francję, Niemcy czy Włochy. Mój kraj, Polska, w pańskiej książce pojawia głównie jako miejsce, w którym dzięki taniej sile roboczej dobrze produkuje się skrzynie biegów.

- Zdaję sobie sprawę z ogromnej różnicy dochodów między Europą Zachodnią a Środkowo-Wschodnią, ale przecież przez dwadzieścia lat odnotowaliście ogromny wzrost i wszystkie prognozy przepowiadają wam dalszy długoterminowy rozwój?

Wasza gospodarka bardzo dobrze zniosła ostatni kryzys i w tym upatrywałbym źródła optymizmu na przyszłość. Miarą siły gospodarki nie jest przecież to, jak szybko rośnie w czasach wzrostu, tylko odwrotnie - jak dobrze potrafi wytrzymać poważny cios. Wśród wschodzących gospodarek widzieliśmy już takie, które mniejszy kryzys potrafił kompletnie zdewastować.

U nas kryzys oznaczał, że ludzie masowo tracą swoje nieruchomości. U was wystarczyło trochę ograniczyć wydatki. To pokazuje, że macie właściwy system wartości i tworzycie właściwe instytucje.

Ameryka tymczasem zatraciła swoje wartości i tworzy złe instytucje.

W Ameryce wierzymy w wartość indywidualizmu - ciężko pracuj i oszczędzaj dla siebie. To miało sens w czasach pionierów zakładających farmy na pustkowiu, ale w rozwiniętej cywilizacji trzeba sobie zadawać inne pytania: jak wykorzystać zgromadzone bogactwo, żeby wszyscy na tym skorzystali?

W Ameryce 400 najbogatszych osób ma 1,4 biliona dolarów. To roczny produkt całych Indii. To śmieszne, absurdalne. W XXI wieku tak nie może wyglądać cywilizowany kraj. Model "trickle-down" nie działa, jest niewydolny.

W Ameryce każda krytyka tego modelu spotyka się z zarzutem, że alternatywą jest socjalizm. Moim zdaniem Europa nie jest socjalistyczna, jest tak samo kapitalistyczna jak USA. Po prostu umie też dbać o kapitał społeczny, nie tylko finansowy.

Mnie w Ameryce pociąga prostota systemu politycznego. Co leży w kompetencjach Rady Europy, Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, tego czasem nawet nie wie wytrawny politolog. W Ameryce jest prezydent, parlament i Sąd Najwyższy, wiadomo, kto za co odpowiada...

- To nieprawda. Dopiero sędzia Marshall, który przez 30 lat kierował Sądem Najwyższym, wypracował zasady działania tej instytucji. I tak naprawdę do dzisiaj nie wszystko jest całkiem oczywiste, wciąż przecież poprawiamy naszą konstytucję.

Jeśli wasz traktat lizboński można uznać za odpowiednik naszej konstytucji, to wy jesteście teraz w kształtowaniu waszych instytucji tam, gdzie my byliśmy w 1791. Wtedy jeszcze nawet nie było jasne, czy Ameryka będzie miała jedną wspólną walutę i jak się będzie nazywać.

Amerykańskie instytucje kształtowały się bardzo długo. Proszę sobie wyobrazić, jak duże różnice musieliśmy przezwyciężyć: różne stany miały różne historyczne przywileje i ramy prawne. Granice między nimi często były sporne.

Proszę sobie zresztą wyobrazić, że w dzisiejszej Europie miałby pan kraje z legalnym niewolnictwem! Jak wyglądałoby integrowanie europejskiego rynku z nimi? Jeśli nam się udało przezwyciężyć te różnice - uda się i wam.

Skoro pan tak bardzo lubi Europę, dlaczego mieszka pan w San Francisco?

- Mieszkam tam, gdzie mam pracę. Jako amerykański autor współpracuję z amerykańskimi wydawnictwami. Jeśli pojawi się dla mnie jakaś oferta stałego zajęcia w Europie - to kto wie, nie wykluczam przeprowadzki. I tak połowę czasu spędzam w podróżach, głównie europejskich. Ale nie będę swojego kraju porzucać tylko dlatego, że coś mi się w nim nie podoba. Przeciwnie. To raczej argument za tym, żeby zostać i to naprawić.

Steven Hill - amerykański publicysta. Współzałożyciel organizacji Fair Vote, która promuje ideę reformy amerykańskiego systemu wyborczego. Publikuje m.in. na łamach "New York Times", "Washington Post", "Wall Street Journal" oraz w pismach europejskich, jak "Guardian" czy "Le Monde Diplomatique". Jego najnowsza książka to "Europe's Promise: Why the European Way Is the Best Hope for an Insecure Age", czyli "Europejska obietnica: dlaczego europejski styl życia to najlepsza nadzieja w czasach niepewności".


Z Gazety Wyborczej.

Przedsięwzięcie działające -"bez zysku"

-Muhammad Yunus-
jego "przedsiębiorstwo społeczne"
jest nieco inne niż przedsiębiorstwo non profit,
ale dalej
działalność  bez zysku dla właściciela pozostaje  jego istotą.

Ukazała się, szkoda,że w  wersji niszowej, druga książka Yunusa
z charakterystyczną  przedmową  Jerzego Hausnera.
Który aby być intelektualnie w porządku zaczyna od
zasadniczej tezy Yunusa,
że  bieda nie jest zawiniona
lecz jest następstwem  istniejącego systemu.

Aby we wnioskach zdezawuować tę tezę jako:
 "nadzieję złudną, a nawet niebezpieczną"!!

Rynkowe przedsięwzięcia non profit
w myśleniu polskiej lewicy nie występują.
A powinny!

Wbrew Hausnerowi
 jest to nie  tylko ożywcza zabawa intelektualna,
ale dobrze uzasadniona teoretycznie  potrzeba
uzupełnienia gospodarki działającej
w oparciu o maksymalizacje zysku.

Arcyważnym  atutem jest wypełnianie luki -tam
gdzie przedsięwzięcia oparte o zasadę maksymalizacji zysku
nie zadziałają.
Lokując się poniżej minimalnego kryterium opłacalności
-mimo niezaspokojonych potrzeb społecznych.
Znikając z pola aktywności gospodarczej;
bez mozliwości przekroczenia  tego progu.

Zarzut, że to działanie "złudne i niebezpieczne"
jest ideologiczny.
Wszak przedsiębiorstwa społeczne Yunusa działają .
Działający jest też system opieki szpitalnej funkcjonujący
w oparciu o zasadę non profit  w Holandii.
Według badań międzynarodowych instytucji oceniających
-najlepszy wśród wszystkich biorących udział w badaniu.

piątek, 20 maja 2011

Media nie dla zysku

Jeżeli kultura ma być traktowana
 jako  wartość wyższa  niż komercja
-to media powinny być instytucjami non profit!


[Gdy Agnieszka Holland chciała odebrać media politykom
-spotkała się z oporem] 
".........dziennikarzy, 
o których myślałam, że będą naszymi naturalnymi sojusznikami
 – jak Wojciech Maziarski z „Newsweeka”
czy Janina Paradowska z „Polityki”. 
....... TVN. 


... przekaz nie przebił się do opinii publicznej 
... politycy nie poczuli się zobowiązani, 
żeby zrezygnować 
z... uzurpacji."





Agnieszka Holland

Jedna z tych kilku mądrych kobiet w Polsce, do których Jadwigi Staniszkis nie da się zaliczyć.
"...........wierzę, że kropla drąży skałę, powtarzanie pewnych oczywistych prawd – uporczywie i z wielu stron – oraz konfrontacja z innymi poglądami, pokazanie innego wymiaru spraw publicznych, mogło zmienić świadomość niektórych ludzi. Polityków również można wychowywać. A Donald Tusk, jeśli słyszy argumenty, które go przekonują, to na nie reaguje."


.......jest sporo osób, które mają instynkt pracy u podstaw, wiele osób się ucieszyło, że mogą wyjść poza swoje partykularne środowiska. Koniecznie trzeba to przetworzyć w jakąś formę stałych działań.



-jest akurat odwrotnie

Marksiści, komuniści , socjaliści, lewica.
Każde (  a na pewno dwa pierwsze) z tych słów kojarzy się z językiem,
w którym mówi się o klasach społecznych,
polityce klasowej i walce klas.

I to jest  jest mylące!
Bo tak naprawdę politykę prowadzoną w interesie klasowym
i interesie partykularnych,  łatwych do zdefiniowania, zbiorowości,
prowadzą liberałowie i  narodowi konserwatyści.
Lecz w ich retoryce takiego czegoś jak
-interesy zbiorowe
(które zawsze były i zawsze będą) nie znajdziesz.
Tam  zamiast mówić po próżnicy, realizuje się interes klasowy
(po cichu, a skutecznie).
Zobaczmy
-liberałowie w dążeniu do władzy legitymizują swoje aspiracje do władzy zasadą równych szans
(dawać wędki , nie ryby).
A... jak ta zasada później wygląda w praktyce,
 możemy się o tym  przekonać rozglądając się w około (wędek brakuje).
-Narodowi konserwatyści lubią występować  w imieniu  narodu,
a więc w imieniu wszystkich, no.., prawie wszystkich
z wyjątkiem nielicznych -Żydów, Czarnych (kilku piłkarzy jakoś przełkną) i jakichś mniejszości seksualnych,
ale "My Polacy" to ta wielka zdrowa, katolicka część społeczeństwa,
o którą  "My narodowi konserwatyści" dbamy.
To jest legitymizacja  narodowych konserwatystów
w ich dążeniu do władzy wobec
i w imieniu  w imieniu -"Wszystkich"
Z tego "Narodu" zostaje potem garstka swoich- uprzywilejowanych,
a reszta zostaje rzucona  "Rynkowi",
w którym  mają się troszczyć sami o siebie.
 Tymczasem mniejszość uważająca się za elitę,
 ta od "spieprzaj dziadu" już zatroszczyła się  o siebie.

"Standardowe kiszenie się we własnym sosie"

@rebelle Krytyka, komentarze
Samozadowolenie lewicy radykalnej jest równie przewidywalne i - dla osób
zainteresowanych realną zmianą - równie frustrujące, jak drętwota
postkomunistycznego aparatu. Byłam na marszu pustych garnków (widziałam tam też
zresztą Ostolskiego) i prawdę mówiąc smutne to było bardzo. Może i nastrój
uczestników był dobry, ale zdolność przyciągnięcia kogoś spoza stałego grona
wyznawców minimalna. Standardowe kiszenie się we własnym sosie i niewiele
więcej.

(@rebelle  Krytyka, komentarze)

czwartek, 19 maja 2011

Regulacja jest dobra

Deregulacja jest najczęściej wywieszanym sztandarem neoliberalizmu.
Tymczasem  regulacja jest koniecznością
na każdym poziomie aktywności.
Istnieje, żyje, tylko to co jest regulowane.
Regulatorem obiektywnym
i zawsze wiedzącym co dla nas dobre
-ma być rynek mądrzejszy od aparatczyków.
Co za pomieszanie z poplątaniem.
Rynek, to prawda jest jak fizyka: jeśli to, to to.
Ale czy gdy wysyłamy rakietę na księżyc, to oddajemy bezpieczeństwo lecących prawom fizyki?
Nonsens.
Uwzględniamy i wykorzystujemy je
- a to jest zupełnie czym innym.
Widzisz jaka to bzdura.  Najpierw poznajemy fizykę lotu na księżyc
aby tę wiedzę wykorzystać do celu bezpiecznego lotu,
 lecz ani przez chwilę nie oddajemy
(a jeśli oddajemy to tylko takiej, którą mamy rozpoznaną)
 kontroli nad  całością przedsięwzięcia
 -żadnej innej sile sprawczej
-innej niż nasz rozum.
Oddać rynkowi władzę decydowania o naszym losie?!!
Pojęcie deregulacji jest pozbawione sensu.

-Brak regulacji  prowadzi- musi prowadzić- do destrukcji.
Oczywiście regulacja nie jest wyjątkiem
i jak wszystko -można ją schrzanić.
Czym jest nie wyregulowane radio? Nie wyregulowany silnik.
Czym jest zderegulowany  organizm?
- Radiem, silnikiem  nie nadającym się do użytku
-organizmem chorym.
Jesteśmy otoczeni regulacjami jak powietrzem.
Deregulacja to nonsens na każdym poziomie regulacji.

liberalizm i równość szans

Nie zapominajmy, że liberalizm w swojej warstwie aksjologicznej opiera się mocno,
 na zasadzie równych szans.
Zasadzie, której nie przestrzega, albo udaje, że to robi.

A więc opozycja powinna go rozliczać z tego
jak realizuje tę zasadę.
Ad. @Zamorano.
Fajne jest te uzasadnianie "amerykańskiego kryzysu",
który rozlał się na bogu ducha winną Europę
-nadmiarem regulacji.
@Spokojny genialnie udowodnił, w pobliżu, niedawno, że wolny rynek nie może istnieć, dążenie do tego ideału też.
Dlaczego amerykański kryzys (pal sześć Amerykanów)
dotknął Europę,
bo brak regulacji pozwolił na dokonywanie oszustw.
Europa kupowała papiery wartościowe (niewinna pracowita Islandia), które były opakowaniem złych długów w taki sposób aby nie było tego widać.
System prawny (brak regulacji) dopuszczał dokonywanie oszustw i rozprowadzanie tego świństwa po świecie.
Wolny rynek dla oszustw -to dobre hasło!




środa, 18 maja 2011

Prymat zachowania równowagi -nad wszystkim

Lewica z istoty nie jest partykularna,
mimo , że ta historyczna mogła na taką wyglądać, a wiec jest ostoją demokracji powszechnej.
Prawica i konserwatyzm z istoty są   partykularne klasowo,
Używają języka wspólnego dobra, po to aby wygrywać wybory
i zaprowadzać partykularną klasowa władzę
w istocie antydemokratyczną

Nowa lewica (ma tyle wspólnego) ze historyczną lewicą,
że starają się naruszyć dotychczasową równowagę
nietrwałą, kryzysogenną,
aby doprowadzić do równowagi trwalszej.

Stara i nowa różnią się  w doborze środków
prowadzących do tego celu.

Nigdy ludzkość nie doszła do takiego momentu jaki mamy dzisiaj:
równowaga praktycznie wszystkich składników współczesności 
staje się kryterium nadrzędnym, nad wszelkimi innymi.

Współczesny Świat ma dwie możliwości rozwojowe
-do zagłady -do równowagi.
Zapobiec temu  może myślenie  nastawione na:
równoważenie sprzecznych interesów,
lecz nie na ich likwidowanie
(uznanie, że sprzeczności interesów są -z natury rzeczy).

Nowa lewica powinna  zachowywać się  na tyle rewolucyjnie
- na ile może być w rewolucyjna troska
o  dobro swoich przeciwników.
A więc nie dążyć do ich unicestwienia -niczyjego unicestwienia.
Tacy rewolucjoniści, którzy nie chcą eksterminacji swoich przeciwników! -To coś nowego.

Polityka jako konstrukcja cepa

Demokracja ściąga politykę do dolnej średniej.
Średnia jest najliczniejsza w rozkładzie normalnym, a zatem to "średnia" wrzuca zwycięską kartkę wyborczą do urny.
To nie byłoby nic złego
-tyle, że ci, którzy zdobędą władzę w wyniku wyborów
świadomie szukają -tej średniej- pospolitych rozwiązań zastosowanych  do niepospolitych sytuacji.
Jest to średnia niedobra -bo uproszczona
-do zatraty sensu polityki.
 Świat współczesny, jest trudny do zrozumienia
(mimo,ze politycy i media mówią,że jest prosty jak konstrukcja cepa)
-zostaje sprowadzony do łatwizny.
Rzeczywistość zostaje uproszczona do fałszu.
To samo robią media, ukierunkowane
- podobnie jak świat polityki
-na najliczniejsza "dolną średnią"
Nowe sytuacje wymagają nowej myśli.
Polityka i media ciągną w przeciwnym kierunku -do kryzysu.
Wygląda na to, że otrzeźwienie, nadejdzie dopiero po
kolejnym "Wielkim Kryzysie"

sobota, 14 maja 2011

Istnienie

Największa z zagadek: dlaczego cokolwiek istnieje?
Istnienie przejawia się na dwa sposoby:
-jako równowaga oddziaływań
-jako dążenie do istnienia.
Ten drugi sposób -to życie -jako dążenie do zachowania.
Dlatego maszyny samo-replikujące się i samo-zasilające
nie będą wciąż życiem?
-Ale można w nie wbudować czujniki reagowania na niebezpieczeństwo.
-Chyba dalej za mało!

wtorek, 10 maja 2011

Czy jest tam jeszcze ktoś?

Dawno, dawno temu gdy Stanisław Lem był Stanisławem Lemem uważałem, że nie ma racji, gdy mówił, że
życie jest jedynym (niepowtarzalnym )wypadkiem we Wszechświecie. Wtedy myślałem podobnie jak dziś chyba wiekszość, że wobec miliardów miliardów podobnych sytuacji powinny zaistnieć podobne sytuacje, jak na ziemi, które skutkują życiem.
Teraz mimo powszechnej nadziei, że życie musi gdzieś być obstawiam stary pogląd Lema.
Życie jest jednorazowym wypadkiem!

Kilka elementarnych elementów tworzy rzeczywistość fizyczną. Podobnie jest w biologi.
Dlatego wszędzie we wszechświecie  rzeczy maja się  podobnie, a  wszechświat jest indywiduum niepowtarzalnym, jednorazowym, życie też.

Spytaj się parlamentarzysty z SLD

o co mu chodzi? Co i jak  chce zmienić
aby ludziom w Polsce lepiej się żyło.
Palikotowi, który ostatnio powiedział że problemem  jest w Polsce bezrobocie -siedem milionów ludzi, w tym, cztery za granicą.
Zadaj  pytanie  Kaczyńskiemu, Tuskowi -bardziej abstrakcyjne niż- czy kochasz Polskę, wtedy dopiero wyjdzie o co każdemu z nich  (tak naprawdę)  chodzi.
Operują tak rozmytym  językiem
że każdy może sobie myśleć  i przyznawać się do czego chce.
Spytaj się parlamentarzysty z SLD:  socjalizm co to takiego?
Sprawisz mu nie lada kłopot.
A czy Ty potrafisz odpowiedzieć?
Do konserwatyzmu przyznają się zarówno
Jarosław Kaczyński jak Bronisław Łagowski  co maja wspólnego?
Z liberalizmem i wolnością jest podobnie niby wszystko  oczywiste, ale nie bardzo wiadomo o co chodzi.
Rozmycie się w nijakości to jest postpolityka!
Która zaczyna się tam
gdzie  rysują się cele.

Uwaga! Na sekwencje

Często ignorowana jest konieczność zachowania  sekwencyjności
Gdy zmiany następują zbyt szybko,
rozregulowując, dotychczasowy porządek, wtedy
pojęcia ogólniejsze zachowują dłużej swoja przydatność.
-Odpowiadając na pytania
o relację socjalizm -liberalizm, państwo- jednostka,
-wcześniej  powinieneś odpowiedzieć na pytanie
o właściwą  (najlepszą) relację jednostka -społeczeństwo,
a dojdziesz do sensowniejszych  odpowiedzi.

Wolny rynek -to fikcja



[@spokojny-@tomek(z dyskusji w Krytyce)]
Odnoszę wrażenie, że stanowisko zwolenników wolnego rynku w gruncie rzeczy w
ogóle nie istnieje. Jeśli wolny rynek ma być wolny w granicach prawa, a prawo
opierać się ma na jakichś wartościach tylko nie wiadomo na jakich, to w zasadzie
można przyjąć, że każdy rynek jest rynkiem wolnym, bo każdy rynek jest wolny w
granicach jakiegoś prawa które ustalano w oparciu o jakieś wartościujące osądy
do tego wolnego rynku nie należące. Czyli równie dobrze można przyjąć, że już
macie ten swój wolny rynek. Nawet w Rumunii był za czasów Ceaucescu, bo można
było na ulicy kupować legalnie czosnek i legalnie go tam sprzedawać, można było
mieć w ajencji budkę Prono Loto i nawet można było sprzedać i kupić samochód lub
motocykl. Pozostałych rzeczy sprzedawać i kupować nie było tam wolno, ale to z
powodu obowiązującego prawa, którym ten wolny rynek był ograniczony w tym
właśnie celu, by silniejszy słabszemu nie zrobił tam kuku. I ja tu wcale nie
żartuję. Jeśli ktoś mi mówi o wolnym rynku to ja bym oczekiwał żeby dokładnie
zdefiniował o czym mówi. Czy rynek z czasów Ceaucescu był wolny czy nie? Jeśli
nie, to czemu nie?
Sądziłem zawsze, że zwolennikom wolnego rynku chodzi o
to,żeby on był wolny rzeczywiście, czyli żeby rzeczywiście nic go nie
ograniczało. Chcę kupić bombę atomową i bombowiec do kompletu na Allegro to
mogę. Nawet na raty jeśli je tylko będę spłacał. Ale tu się okazuje, że jest
jeszcze jakieś prawo. No to czym to się różni od sytuacji obecnej? Różni się być
może ilościowo, bo prawdopodobnie wartość swobodnie sprzedawanych rzeczy na
rynku Ceaucescu była niższa niż wartość swobodnie sprzedawanych rzeczy na
dzisiejszym rynku polskim, ale czy tylko to kryterium się liczy? Od jakiego
obrotu rynek zaczyna być wolny? Inaczej mówiąc - czy czosnek i raz na rok jeden
stratgiczny bombowiec z atomówką sprzedany i kupiony za złoto uczynią już rynek
wolnym? Jeśli nie, to dlaczego nie? Dlaczego rynek w którym wolno kupować i
sprzedawać czosnek i atomówkę a nie wolno niczego innego nie jest rynkiem wolnym
(o ile nie jest) a rynek w którym wolno sprzedawać i kupować mieszkania a nie
wolno sprzedawać i kupować heroiny rynkiem wolnym jest?

poniedziałek, 9 maja 2011

.. Zrównanie wspólnego z niczyim,

 skazanym automatycznie na złe zarządzanie i upadek 
- jest  demagogicznym nadużyciem, 



System oparty na długu

Tekst @spokojnego z "Krytyki"
 Na kapitalistycznym rynku
ilość sprzedawanych dóbr i usług musi rosnąć wykładniczo do nieskończoności,
ponieważ wykładniczo do nieskończoności rośnie zadłużenie wynikające z używania
środka płatniczego który jest w istocie długiem. Wynika z tego, że niezależnie z
czego będziemy robili opakowania i jak je będziemy rozdzielać po zużyciu
eksploatacja środowiska musi w końcu osiągnąć poziom stu procent. Żadne magiczne
rozkładanie pudełeczek tego nie zmieni. Samochody na prąd, ekologiczne źródła
energii i zajadanie się soją także tu nic nie zmienią. Dopóki pieniądz jest
długiem wszyscy musimy produkować do nieskończoności coraz więcej i więcej aby
ten dług spłacać i nie może zachować się jakakolwiek część ziemi, która by w
końcu nie została zużyta w tym procesie.

sobota, 7 maja 2011

Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to,
aby go zmienić.
Karol Marks, Tezy o Feuerbachu
Nieprawda!
Filozofowie zmieniali świat wczesniej i dalej będą zmieniać.
Bo świat jest takim jakim jest jego filozofia.

piątek, 6 maja 2011

Śmierć absolutu



To co uruchomił Marks jest realizacją
historyzmu Hegla traktowanego jako absolut.
Gdyby nie było Hegla, może by nie było 
marksowskiej konieczności dziejowej,
którą posłużył się stalinizm i Margaret Thatcher
wtedy gdy wypowiedziała swoje słynne
 "there is no alternative".
W ten sposób Marks,
ale także Thatcher występująca pod sztandarem wolności 
odebrali nam wolność!
Czyż neoliberalizm nie ma tego samego
filozoficznego jądra 
jakie miał historyzm marksowski. 
Co to znaczy, że nie ma alternatywy?!
Nie ma innej drogi?
-Rzeczywistość pojmowana
w kategoriach absolutu. -To nonsens. 
-Platon stworzył świat bytów idealnych
do którego sięga się do dziś.
I tylko w tym świecie istnieje absolut,
ale nie w żadnym innym.
-Kartezjusz rozbijając rzeczywistość na kawałki
 obwieścił, że świat jest mechanizmem.
To był błędny i bardzo owocny punkt widzenia.
Tworzący cywilizację Zachodnią, techniczną,
i jej tryumfalny pochód przez kontynenty.
Błędny, bo mechanika
nie wyczerpuje aspektów rzeczywistości.
I nie może ograniczać naszego myślenia o niej. 


-Postmodernizm 
usankcjonował rozbicie rzeczywistości na różne,
odrębne, dowolne,indywidualne 
niepowiązane historie.
Jest nieudaną próba wyeliminowania absolutu.
Rozsypanie rzeczywistości 
z pominięciem tego co ją spaja w całość.
 -Znaleźliśmy się w nowej,
która pod sankcją ciągu wstrząsów  
-niekontrolowanych kryzysów, 
potrzebuje zanegowania,
tego co kształtuje dotychczasowe
jej postrzeganie.
Nie ma już Boga -unicestwionego przez Nietzschego 
nie ma absolutu wynikającego z historii dziejów.
Śmierć absolutu już się dokonała  w nauce.
Rzeczywistość jest równowagą oddziaływań.
Prawdy już nie odnajdziemy w jej ujęciu absolutnym.
Wiemy już, że nic nie da się zrobić
przy pomocy gwałtownego zrywu.
Tor jest nie znany, nie istnieje, a więc 
nic samo  na ten tor nie wskoczy -skoro go nie ma.
Zaczął się czas drobnych kroków,
wielkich myśli i współpracy.
Neoliberalizm -to największe zagrożenie,
bo idzie w przeciwnym kierunku. 
Rzeczywistość jest zbyt skomplikowana i współzależna, 
aby dała się pomieścić w jego uproszczającym schemacie.
-"There is meny alternative".
Wszystko jest w naszych - tylko naszych rękach.
I wolność w równowadze. 



czwartek, 5 maja 2011

Poglądy- co to jest?(pojęcia)

Są dwa odmienne rodzaje poglądów.
Pierwszy rodzaj najczęściej spotykany:
1."uważam rze" -liczą się tylko  własne argumenty,
a argumenty przeciwników są ignorowane.
2. Poglądy bazujące na  stałej konfrontacji z argumentami
przeciwnymi do własnych, wręcz na wyszukiwaniu słabych punktów
we własnej argumentacji.

Wyznawcy tych poglądów najczęściej stosują podział
na naszych, którzy maja rację (mówią prawdę)
i nie naszych, itd.

środa, 4 maja 2011

Równowaga oddziaływań

Cywilizacja uruchomiła wielkie siły.
Niezbędna staje się  świadomość,
że świat nie należy do żadnej opcji
lecz zależy od równowagi różnych oddziaływań.
Te myślenie powinno się rozciągać na wszelkie rodzaje
naszej aktywności.
Uświadomić jak ważna sprawą jest równowaga.

wtorek, 3 maja 2011

Na cześć Pierwszego Maja i Smoleńskiego Jana

Lewica zgubiła kierunek, a lud żyje obfitymi odpadkami z pańskiego stołu, więc nie na tyle uciemiężony aby się buntować.
Spacyfikowany przez seriale  telewizyjne, Big Brothery, idole,
że niby przed każdym -jak się postara- otwarta kariera.
Poczucie buntu zagospodarowują obrońcy krzyża.
A więc, mamy totalny chaos,
poplątanie wątków zaprawione postmodernizmem.
I olbrzymie pole -do intelektualnego zagospodarowania przez inicjatywy Krytyki Politycznej.
Gdyż nie Polska jest najważniejsza,
tylko kierunek jest najważniejszy
i racjonalne zrozumienie świata, na którym żyjemy.

Zobaczyć z ich strony

Anita Werner  dziennikarka, należąca do kategorii  rzadkiej
 -dziennikarz samodzielnie myślący
-rozmawia z Anne Appelbaum 
 i zadaje normalne, czyli, głupie pytanie:
- "Czy na pewno Osama bin Laden  został zabity".
-Odpowiedź  człowieka Zachodu 
zdolnego do analizy polityki  w kategoriach interesu.
-"jaki Obama  miałby interes, aby oszukać?"
Jedni dziennikarze zadają głupie pytania z głupoty własnej,
 inni jak A.W. z obowiązku
wobec tych, którzy chcieli by takie zadać.
Polacy  mocno stąpają po ziemi
 dopóki nie wejdą  na grunt polityki.
Wówczas zaczynają myśleć w sposób pierwotny
 -dalej niż czasy Mieszka.
Od momentu powstania państwa wiadomym jest, 
że polityka to świat interesów, realizacja interesów,
i unikanie zachowań niezgodnych
z własnym  interesem politycznym.
-Pytanie zadane Anne Appelbaum  jest jak 
-" Ruscy zabili naszego prezydenta?"
 -"Ruscy by  nie weszli" za Jaruzelskiego.
Dopóki nie będziemy zdolni do analizowania
interesów graczy politycznych, 
z ich punktów widzenia, 
a nie z naszego!
Dopóki nie przyjmiemy do wiadomości,
 że inni mogą widzieć rzeczy inaczej niż my,
postępują według własnego, a nie "naszego",
- będziemy politycznymi dziećmi we mgle.
Zadufani i nie skuteczni.

Czy jest niezmienny

kapitalizm. 
"Czy kapitalizm się zmienia, czy jest niezmienny.?"
Inaczej będziemy go traktować, i mierzyć się z nim, jeśli powiemy, że się nie zmienia,
tylko działa w  różnych warunkach
-inaczej jeśli  powiemy, że kapitalizm się zmienia.

niedziela, 1 maja 2011

f

O miejsce filozofii i i filozofów w życiu, a nie tylko na uniwersytecie.
Bo nie...filozofia w sosie własnym.
Filozofia głównego nurtu to świat nazwisk i rzeczywistości językowych z nimi związanych.
Wytworzyła się tradycja obracania się we własnym gronie powoływania jednych na drugich.
Czasami jest to wspaniała żonglerka językiem i myślą, jak np. w wykonaniu ABR. Która do praktyki- na styku teoria, wnioski praktyczne, rzadko się zbliża poza oczywiście jej witalizmem.
Świetnie słucha się też  wywodów filozoficznych Środy, ale już przełożenia praktycznego w jej wykonaniu  prawie nie widać, gdy mówi o polityce przestaje być filozofem, skraca perspektywę.
Ciekawe jak by się czuli ci, którzy uważają, że są filozofami, gdyby przenieść ich w początek naszej ery.
Wtedy nie było  Hegla, Kanta  i  Nietzschego itd, itp. Czy nie znając tych nowożytnych filozofów Platon, Arystoteles itp. itd byli gorszymi filozofami ? Nie, nie! A więc?



Lewica i kasa

Lewica która nie mówi o pieniądzach: skąd je wziąć i jak wydać
- to podejrzana lewica.
Hania w Warszawie potrzebuje pieniędzy ( to dobrze bo bez pieniędzy stolica marnieje) i co robi
-dobiera się do mieszkańców ale broń boże do potentatów.
Świętych krów się nie rusza,
a lud się doi.
We Francji jest odwrotnie,
miasteczka, w których  zlokalizowały się wielkie firmy
mają niskie podatki lokalne -od ludności.