Szukaj na tym blogu

piątek, 2 września 2011

Jak wyprodukować -zminimalizować zapłatę i sprzedać temu,

 któremu  nie zapłaciłeś wystarczająco   za pracę 
i  nie ma pieniędzy aby kupić 
 to co  wyprodukował
http://pl.wikiquote.org/wiki/Plik:Henry_ford_1919.jpgtimes_squaren-i-c-o.jpg

kliknij  niewidoczny wiersz niżej

Henry Ford jakoś to rozumiał- teraz 

zrobiło się to zbyt trudne do zrozumienia
dla czytelników tabloidów ale także dla 
ekonomistów.
Czy ktoś rozumie ten obecny bałagan?

 Leon Podkaminer:" ...... – jest co najmniej kilka osób, które nie tylko rozumieją przyczyny całego zamieszania, ale sugerują też konkretne rozwiązania pozwalające wyjść z kryzysu. Można wymienić choćby profesora Heinera Flassbecka, głównego ekonomisty Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju i byłego wiceministra finansów Niemiec z czasów, gdy ministrem był Oskar Lafontaine; profesora Charlesa Goodharta, byłego wieloletniego dyrektora generalnego Banku Anglii. Martin Wolf, dobrze znany komentator „Financial Times”, od czasu do czasu też dostrzega istotę rzeczy.
  Najaktywniejszy jest z pewnością profesor Paul De Grauwe z Uniwersytetu w Leuven, ekonomista często publikujący m.in. na łamach „Financial Times”. Ma spore doświadczenie polityczne – był m.in. posłem do parlamentu Belgii, działał też w strukturach w Komisji Europejskiej. Oczywiście wiedza akademików nie przekłada się automatycznie na praktykę polityczną. Tym bardziej że – jak wiadomo - nigdy nie brakuje utytułowanych ignorantów i lobbystów, głoszących poglądy fałszywe.

....... Zadłużenie publiczne na świecie wynika w dużej mierze z przejęcia przez rządy różnymi drogami długów prywatnych, a zatem źródłem kryzysu jest raczej nadmierne zadłużenie sektora prywatnego, które się przelało na sektor publiczny.

A to zadłużenie prywatne skąd się wzięło?

Powodów i poglądów na ten temat jest kilka. Po pierwsze, brak bądź nadmierna liberalizacja nadzoru publicznego, swoiste „róbta co chceta” w sferze finansów prywatnych. To pewne novum, gdyż po Wielkim Kryzysie instytucje finansowe były mocno regulowane i kontrolowane. Zaczęto im pozwalać na dużo więcej dopiero w latach 80., w ramach ogólnej fali deregulacji.
  
Po drugie jednak – i tu dostrzegam głębszą przyczynę problemu – wraz z upadkiem bloku wschodniego i załamaniem się sowieckiego socjalizmu zanikł komunistyczny straszak na elity świata kapitalistycznego. To znaczy – niemal całego już świata, włączając elity krajów postkomunistycznych, a także elity chińskie.

Przestano się bać zagrożenia z zewnątrz?

Tak. A wobec tego
 – hulaj dusza, piekła nie ma. To oznaczało wzmożony nacisk na prawa pracownicze, w tym na obniżkę płac i likwidację wynegocjowanych wcześniej zabezpieczeń, świadczeń socjalnych etc. Oczywiście w celu nowej redystrybucji dochodów, tym razem od szeroko rozumianych klas pracujących do pozostałych.
  
Tylko że tutaj pojawia się sprzeczność: aby wytwarzać dochody, potrzeba masowej produkcji, którą z kolei trzeba mieć komu sprzedać. Jeśli dochody świata pracy są obniżane, to spadają również możliwości konsumpcji. I wówczas w sukurs przychodzi kredyt – rynki finansowe i banki umożliwiają kontynuację konsumpcji i ratują masową produkcję. W latach 40., 50. i 60. kapitalizm mógł się rozwijać w sposób bardziej zbilansowany, bez nadmiernego zadłużenia prywatnego właśnie dlatego, że – wraz z wydajnością produkcji – dość proporcjonalnie rosły dochody świata pracy. Kiedy ten kanał wysechł, stworzono kanał zastępczy. Ale on ma oczywiście swoje granice, czego doświadczyliśmy w roku 2008.

Mimo to, gdy mowa o przyczynach kryzysu w Europie, najwięcej słychać o leniwych południowcach żyjących na kredyt i ponad stan oraz o nowym podziale: pracowita Północ kontra zadłużone Południe Europy.

Podział Północ
 – Południe nie ma większego sensu, każdy przypadek trzeba rozpatrywać z osobna. W Grecji faktycznie mieliśmy do czynienia z licznymi patologiami, fałszowaniem statystyk, klientelizmem, trudnościami z egzekucją podatków. Być może akurat w tym przypadku stereotyp zawiera cząstkę prawdy. Ale ten schemat zupełnie już nie stosuje się do Hiszpanii – tam przed kryzysem był niski poziom zadłużenia publicznego w połączeniu z nadwyżką budżetową!
  
Z drugiej strony do owego Południa musielibyśmy zaliczyć Irlandię, która nie tylko geograficznie znajduje się na Północy, ale do tego miała wysoką wydajność, zachowywała dyscyplinę budżetową i niskie koszty pracy. Była bardzo konkurencyjna, a mimo to popadła w tarapaty. Można jeszcze doliczyć kraje bałtyckie, które są praktycznie w strefie euro, bo z euro związały sztywno swoje waluty. Mimo podobnych rozwiązań jak Irlandia również popadły w długi.

Gdzie zatem widzi pan źródła kłopotów tych krajów?

Nastąpił dość nieszczęśliwy zbieg okoliczności
 – kilka krajów całkowicie niepotrzebnie przystąpiło do strefy euro i obecnie są zdane na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego, która nie musi być dla nich korzystna. Nie jest tak, że grecki robotnik nie jest wydajny. Jego wydajność wzrastała bardzo wyraźnie, to raczej kraj jest ofiarą wspólnej polityki pieniężnej. 

A co z takim krajem jak Włochy? Oni od dłuższego czasu mają wysoki poziom długu publicznego.

Włosi są w podobnej sytuacji do Greków
 – przynajmniej jeśli chodzi o skutki pozostawania w strefie euro. Otóż Włochy niejako tradycyjnie, bo od początku lat 70., miały wysoką inflację. Kompensowały ją poprzez regularną dewaluację lira w stosunku do marki niemieckiej. Jak tylko Niemcy poprawiali wydajność pracy i uzyskiwali nadwyżkę w handlu z Włochami, wówczas ci dewaluowali lira, poprawiając nieco swą konkurencyjność – o ile w roku 1970 marka kosztowała dwieście lirów, o tyle dwadzieścia lat później już tysiąc. W momencie wejścia do strefy euro Włosi stracili tę możliwość. Ten sam problem pojawił się w Grecji, Hiszpanii i Portugalii, które miały dość wysoką inflację – zdusiły ją tylko przejściowo, żeby wejść do strefy euro. Później inflacja powróciła. Jednym z jej efektów była utrata konkurencyjności.

Czy te kraje są „skazane” na wyższą inflację?

Skazane nie są
 – po prostu odziedziczyły wyższą inflację, która mogła się trwale obniżać, ale tylko stopniowo. Po przyjęciu euro tendencja do obniżania inflacji została w tych krajach zaburzona. Spadły bowiem stopy procentowe, dostosowując się do stosunkowo niskich stóp procentowych Europejskiego Banku Centralnego. Te ostatnie uwzgledniają niski poziom inflacji w Niemczech. Niskie stopy procentowe w połączeniu z ciągle dość wysoką inflacją – to była mieszanka piorunująca. Przyczyniła się ona do boomu w Grecji, Hiszpanii itd., podtrzymując stosunkowo wysoką inflację.
  
Trzeba też zauważyć, że stopy procentowe EBC, jakkolwiek za niskie, by hamować inflację w krajach peryferyjnych, były równocześnie za wysokie w odniesieniu do Niemiec i innych krajów o bardzo niskiej inflacji. Stopy te wzmagały więc tendencję deflacyjną – i stagnacyjną – w samych Niemczech. Przejawiało sią to stagnacją płac i spożycia – pomimo imponującego wzrostu wydajności. W ostateczności przekładało się to na dalszy wzrost konkurencyjności Niemiec i narastania ich nadwyżek w handlu z „peryferiami”.  

A może społeczeństwa Południa były zbyt roszczeniowe? Może wywierały za duży nacisk na wzrost płac?

Często tak się mówi
 – że gdyby były bardziej zdyscyplinowane, mogłyby tę przewagę Niemiec zniwelować. Ale dyscyplina – lub jej brak – nie wynika tylko z „czynnika kulturowego”. Jest ona wymuszana przez koniunkturę, przez obiektywne parametry ekonomiczne. Boom nie wymusza „dyscypliny płacowej” – w czasie boomu pracodawcy prześcigają się w oferowaniu podwyżek płac. W warunkach stagnacji i deflacji jest odwrotnie, pracodawcy próbują obniżać płace.
  
Nie zapominajmy też, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat rządy Niemiec prowadziły bardzo agresywną politykę, która aktywnie wspomagała pracodawcow, jeśli idzie o zamrażanie wzrostu lub nawet obniżanie płac – i to pomimo jednoczesnego wzrostu wydajności. Wszystkie siły na front eksportowy! Przyduszamy popyt wewnętrzny, żeby wyeksportować własne towary, a pośrednio także bezrobocie do słabszych gospodarczo krajów Europy.
  
Nie obyło się zresztą bez oporów. Polityka kanclerza Schrödera (taki z niego socjaldemokrata, jak z Leszka Millera) wzbudzała protesty nie tylko w jego własnej partii, ale nawet w tej części CDU, która przywiązana była do idei społecznej gospodarki rynkowej.

Przyczyny tych protestów były tylko społeczne?

Nie tylko. Polityka tego rodzaju kreuje w Niemczech nadwyżki, co oznacza długi u europejskich partnerów. A zatem Niemcy, poprzez forsowanie nadwyżek handlowych w relacjach z tymi krajami, aktywnie przyczyniły się do zwiększenia zadłużenia Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy Włoch. Dziś te długi, które powstały poprzez zaciskanie pasa pracującym w Niemczech, będą musiały połknąć same Niemcy. Państwo niemieckie będzie zmuszone ratować niemieckie banki, które są wierzycielami „złych” długów. Tak oto niemieckie nadwyżki, będące źródłem zysku niemieckich koncernów prywatnych, zostaną przetworzone w niemiecki dług publiczny. To by się nawet staremu Heglowi w głowie nie mieściło…

A czy można pomyśleć taką konstrukcję strefy euro, która byłaby korzystna nie tylko dla najsilniejszych gospodarczo krajów Unii?

To swoista kwadratura koła. Oczywiście znamy przykłady takich unii walutowych, które uwzględniają różnice między swoimi członkami i różnice w dynamice ich rozwoju. Chociażby… Stany Zjednoczone, z jedną polityką walutową i jedną polityką fiskalną. Jeśli stan Nowy Jork narobi długów, to Teksas
 – za pośrednictwem budżetu federalnego – musi dołożyć mu odpowiednią sumę. Warunkiem powodzenia unii walutowej w Europie jest unia transferowa, czego większość polityków w Europie, a już zwłaszcza Niemcy, nie chcą przyjąć do wiadomości. 

I ta możliwość transferu
 – czyli „solidarność za długi” – stanowi rekompensatę za politykę monetarną, która nie musi być dla wszystkich korzystna?

Tak, choć w przypadku USA mamy jeszcze jedną rekompensatę
 – mobilność siły roboczej. Jeśli w Oklahomie panuje deflacja i ogólnie źle się dzieje, to może pan spakować rodzinę na przyczepę, razem z meblami albo bez, i przenieść się np. do Oregonu. W Europie – w sensie kulturowym, niekoniecznie formalnym – nie jest to aż takie proste.

A zatem solidarna odpowiedzialność państw za długi innych jest warunkiem koniecznym powodzenia unii walutowej?

Nie zawsze. Można sobie wyobrazić unię walutową bez transferowej
 – gdyby obejmowała ona np. Niemcy, Austrię i Holandię. To są kraje, które się harmonizowały za pomocą polityki dewizowej od lat 70.; zarówno szyling austriacki, jak i gulden holenderski były sztywno związane z marką niemiecką.

Czy to znaczy że harmonizacja walut pozostałych państw była fikcją?

Wiemy doskonale, że unia walutowa była projektem przede wszystkim politycznym, i wiemy, jak doszło do jej uchwalenia. Wielu ekonomistów od początku wskazywało na niedoróbki planu unii walutowej
 – m.in. Alan Walters, doradca ekonomiczny Margaret Thatcher. Słusznie zauważył, że wspólna polityka monetarna dla krajów o różnych skłonnościach do inflacji sprawi, że wspólna stopa procentowa będzie zbyt niska, by zahamować wysoką inflację w krajach o wysokiej inflacji, a z kolei w krajach o niskiej inflacji będzie powodować recesję. Z tego choćby powodu wielu trzeźwych ekonomistów oponowało przeciw tej formie unii – głównie Amerykanie, ale także same Niemcy. Słychać było liczne głosy, że silna marka niemiecka rozpuści się w euro jak cukier w herbacie.

Kto w takim razie forsował wprowadzenie unii walutowej?

Wspólnej waluty
 – z przyczyn politycznych – pragnęli głównie Francuzi. Chcieli silniejszego zakotwiczenia, żeby nie powiedzieć – uwiązania Niemców w Europie i głównie dlatego od utworzenia unii walutowej uzależnili zgodę na zjednoczenie Niemiec. Kalkulacja polityczna mogła być słuszna, ale dziś okazuje się, że Niemcy z uwagi na swą kulturę ekonomiczną i polityczną mogą doprowadzić do wykluczenia niektórych krajów ze strefy euro, co odbyłoby się z oczywistą szkodą dla spoistości Unii.

Kogo można uznać za głównego beneficjenta wspólnej waluty?

Na pierwszy rzut oka
 – oczywiście Niemców. Nie musieli się już obawiać defensywnej dewaluacji u swych partnerów handlowych i powiększali przewagę konkurencyjną.

Ale jeśli się dłużej zastanowić, to można mieć wątpliwości, czy ktokolwiek zyskał. Kraje, które przeżyły boom na skutek wysokiej inflacji przy niskiej stopie procentowej
 – jak Grecja, Włochy, Hiszpania czy Portugalia – dziś plują krwią. Na dłuższą metę ta koniunktura wychodzi im bokiem. Z kolei Niemcom i Austriakom, z ich tradycyjnie niską inflacją, za wysoka stopa procentowa przyniosła spowolnienie wzrostu.

Ale wspólna waluta ułatwiła im eksport.

To prawda, ale zysk z eksportu okupiony został wyrzeczeniami na poziomie konsumpcji wewnętrznej. Summa summarum nikt na tym dobrze nie wyszedł
 – ani kraje importujące, z racji zadłużenia, ani eksporterzy, którzy ścinali popyt wewnętrzny. Po cholerę tyle produkować, jak się nie konsumuje?

Jak wybrnąć z tej sytuacji? Czy kolejne pakiety ratunkowe rzeczywiście uratują kraje Unii?

Na krótką metę odciąża się w ten sposób zadłużone państwa i walczy o obniżkę lichwiarskiego oprocentowania ich długu. Jeśli dług pozostanie drogi, to żadne z nich, choćby stanęło na uszach, nie będzie w stanie go spłacić. A to będzie oznaczało, że rząd niemiecki zmuszony będzie ratować własne banki, w których owe kraje są zadłużone. Na dłuższą metę muszą powstać silniejsze mechanizmy transferowe.

Jest jeszcze druga kwestia, być może ważniejsza. Regulacje na poziomie europejskim powinny zawierać sankcje wobec państw, które destabilizują inne kraje strefy euro. To znaczy: zbyt mocno zaciskają pasa wewnątrz poprzez ograniczanie wzrostu płac i dzięki temu wytwarzają nadmierne nadwyżki w relacjach handlowych. Chodzi o taką harmonizację polityki gospodarczej w Europie, żeby jedne kraje nie wypracowywały nadwyżki kosztem deficytu w innych. Dobrze, że Niemcy zwiększają swą wydajność, ale niech za zwiększoną produkcją idzie wzrost płac i wzrost konsumpcji wewnętrznej. 

Rozumiem, że chodzi tu o Keynesowski pomysł, niezrealizowany na konferencji w Bretton Woods, aby karać kraje wytwarzające nadmierną nadwyżkę eksportu nad importem?

W zasadzie tak, aczkolwiek mniej mi chodzi o kary, a bardziej o uświadomienie elitom Niemiec, że na dłuższą metę im także to się opłaci. Obecnie wygląda to bowiem w ten sposób, że konsumpcję importerów i tak muszą kredytować niemieckie banki
 – z wiadomym efektem. Podobny problem mają zresztą Chiny – mają ogromną nadwyżkę eksportu, ale chiński robotnik zarabia nędznie.

Na ostatnim zjeździe chińskiej partii zadecydowano o pewnym przesunięciu akcentów na stymulację popytu wewnętrznego.

Bo Chińczycy nie są głupi! Ale trzeba pamiętać, że tamtejszy biznes jest prywatny i w dużej mierze zależy mu na podtrzymaniu niskich płac.

Jakie instrumenty polityczne można by jeszcze zastosować w Europie? Jakieś formy wspólnej polityki podatkowej?

Tak, ponieważ np. promocja eksportu w Niemczech odbywa się również za pomocą polityki podatkowej: obniżki podatków i opłat determinujących koszty pracy, przy jednoczesnej zwyżce VAT-u, która hamuje konsumpcję i import. Wspólne rozwiązania podatkowe niewątpliwie mogłyby zmniejszyć nierównowagę i ograniczyć nieuczciwą podatkową i płacową konkurencję państw.

A jak pan ocenia propozycję wprowadzenia euroobligacji jako instrumentu solidarności państw Eurolandu?

Warto temu pomysłowi przyklasnąć, aczkolwiek wszystko zależy od tego, czy te obligacje będą budziły zaufanie i jakimi środkami to zaufanie będzie budowane. Najrozsądniejszym pomysłem byłaby zmiana konstytucji Europejskiego Banku Centralnego, która pozwoliłaby tej instytucji na wykup obligacji poszczególnych krajów bez pytania o zgodę polityczną. Gwarancja ze strony EBC, że każdy dług zostanie spłacony, niejako automatycznie spowodowałaby obniżkę oprocentowania zadłużenia. Dobrze pokazuje to przykład Japonii, państwa zadłużonego na 220 do 250 procent PKB. Dług japoński jest oprocentowany poniżej 1 procenta! Ale jest to dług gwarantowany przez Bank Japonii, który nie certoli się z „drukowaniem pieniędzy” na potrzeby ministerstwa finansów.

A co z argumentami, że to grozi inflacją?

W Japonii jest deflacja, mniej więcej od ponad dziesięciu lat. Nie ma żadnej automatycznej zależności między długiem publicznym, deficytem a wysokością inflacji. Można mieć gigantyczny deficyt i jednocześnie deflację. Można mieć hiperinflację przy jednoczesnej nadwyżce budżetowej. Czyż nie było to np. doświadczenie okresu późnego PRL-u i wczesnego Balcerowicza? Budżet był zbilansowany, a jakże. Ale ceny galopowały. 

A problem zadłużenia i życia na koszt przyszłych pokoleń?

Na pewno? A może to przyszłe pokolenia zaciągają dług u nas, ponieważ będą korzystać infastruktury zbudowanej za budżetowe pieniędze? Odziedziczą drogi, koleje, placówki oświatowe, służbę zdrowia… Odziedziczą wykształcenie i zdrowie finansowane wyrzeczeniami pokolenia obecnie aktywnego. To chyba jest więcej warte niż odziedziczony dług?

Ale dziś wszelkie pomysły na koordynację, harmonizację, zbiorową solidarność i rząd gospodarczy zakładają ścisłą dyscyplinę budżetową i konieczność szybkiej redukcji długu.

Faktycznie, propozycje, jakie pojawiają się w politycznej agendzie, stanowią kolejne klony Paktu Stabilności i Wzrostu, za pomocą którego dotychczas daremnie próbowano zharmonizować gospodarki strefy euro. Należałoby najpierw nieco poprzewracać ludziom w głowach, a to nie będzie łatwy proces. Sądzę jednak, że kryzys, który dopiero nadejdzie i który będzie straszny
 – bo nie mamy dobrych koncepcji rządzenia gospodarką w tej sytuacji – otrzeźwi elity.

Z brudnej piany kryzysu roku 1929 wyłonili się niegdyś Keynes i Roosevelt, którym udało się zapewnić światu trzy, cztery dekady przyzwoitego kapitalizmu. Mam nadzieję, że po wstrząsie, jaki niewątpliwie nastąpi, wyłonią się nowe osobowości i ludziom wywietrzeją z głowy stare dogmaty
 – wszystkie te „racjonalne oczekiwania” czy inne „efektywne rynki”."

                                                                     
Leon Podkaminer - profesor ekonomii, pracuje w Wiedeńskim Instytucie Międzynarodowych Porównań Gospodarczych (WIIW).
                                                                         źródło: wywiad M. Sutowskiego  -"Krytyka"

  Komentarz:
Paradoks w tytule, jest paradoksem
w idealnym kapitalizmie -nierozwiązywalnym.
Dlatego rola państwa jako regulatora wtórnej dystrybucji  
jest sprawą logiki,
 a nie idologii.

-Leon Podkaminer: "jest co najmniej kilka osób, które nie tylko rozumieją przyczyny całego zamieszania, ale sugerują też konkretne rozwiązania pozwalające wyjść z kryzysu"
-Heiner Flassbeck
-Charles Goodhart
-Paul De Grauwe
 [i Piotr Kuczyński]

Podanie do PIS

O przydział bardziej inteligentnego  "plastra".
Ten, który rezyduje na tym blogu  -nie rozróżnia
cytowanego tekstu od komentowanego.
Mogę zrozumieć, że PIS nie dysponuje nadmiarem ludzi
inteligentnych ale  jeżeli "plaster" już ma być
-znaczyć wielkość prezesa i wolnego rynku,
to może jednak macie kogoś
kto rozumie co się do niego mówi.                         

czwartek, 1 września 2011

Zgoda  na Innego  pozbawionego swojej Inności -Zizek
....  polityka jako sztuka administrowania przez ekspertów 
- polityka bez polityki.... -Zizek
".....możemy uznać 
wasz brak tolerancji dla innych kultur 
na waszym podwórku, 
jeśli wy uznacie nasze prawo ..."   
                                           -Zizek

środa, 31 sierpnia 2011

Rozsądni bogaci chcą płacić (poprzednio: "Podatki i bogaci")


Czterej niemieccy milionerzy są gotowi płacić wyższe podatki, by pomóc ograniczyć długi państwa - podał tygodnik "Die Zeit". "Nie miałbym problemu, gdyby podniesiono najwyższą stawkę podatkową" - powiedział właściciel znanego domu wysyłkowego Michael Otto.

Producent aparatów słuchowych i prezes klubu piłkarskiego Hannover 96 Martin Kind oświadczył z kolei, że byłby gotów zaakceptować wyższe podatki, jeśli państwo zobowiązałoby się do przeznaczenia pozyskanych w ten sposób dodatkowych dochodów na redukcję zadłużenia.
Jak informuje "Die Zeit" w wydaniu internetowym, podobnego zdania jest także hamburski przedsiębiorca z branży ubezpieczeniowej Juergen Huenke, który jednak opowiedział się za wyższym podatkiem spadkowym. "Uważam, że rozsądna byłaby znaczna podwyżka podatku spadkowego. Nie mam na myśli kogoś, kto dziedziczy dom, ale ludzi z sektami milionów euro" - powiedział.
Popularny w Niemczech piosenkarz Marius Mueller-Westernhagen ocenił z kolei, że "podniesienie podatku o kilka punktów procentowych nie zrobi z bogaczy biedaków". "A nawet wszyscy się wzbogacą, jeśli dochody zostaną konsekwentnie przeznaczone na redukcję długów i posłużą do budowania przyszłości, a nie narastania odsetek" - dodał.
Obecnie najwyższa stawka podatkowa w Niemczech wynosi 45 proc. i obejmuje dochody powyżej 250 401 euro rocznie.
Jak przypomina "Zeit", niemieccy milionerzy nie są osamotnieni w swoim apelu o wyższe podatki w czasie kryzysu zadłużenia. Amerykański miliarder Warren Buffett opowiedział się niedawno za wprowadzeniem podatku od najbogatszych, by wesprzeć redukowanie długu USA. Z podobną propozycją wystąpiło też 16 francuskich bogaczy. Pod apelem w tej sprawie opublikowanym na łamach pisma "Le Nouvel Observateur" podpisali się m.in.: dziedziczka imperium L'Oreal Liliane Bettencourt, szef koncernu Total Christophe de Margerie, prezes PSA Peugeot Citroen Philippe Varin.
                                                                                      źródło Onet

Niech żyje nasz stan polityczny!

"Degradacja szkolnictwa wyższego będzie postępować w tym samym tempie, jak dotąd".
                                     Przemysław Sadura
Niedawno Ewa Łętowska podobnie wyraziła się o polskim systemie prawnym  i o kształceniu prawników.



wtorek, 30 sierpnia 2011

Kawałek opisu Polski


Spokojny  |30.08.2011 18:43:15
Polska młodzież protestować raczej nie będzie.
 Kiedy się mieszka na zachodzie sporo się posiada,
 żyje się we względnie bezpiecznym świecie i nie ma się za
sobą doświadczenia całkowitej klęski idei życia w ekonomicznej wspólnocie.
Można w takiej sytuacji wierzyć, że taka wspólnota jest możliwa.
Kiedy się żyje w Polsce, wierzy się w egoizm i to,
 że każdy kto nie umie zadbać o swoje jest frajerem.
Polska młodzież nie będzie protestować, ale chętnie poczeka na
protesty licząc na to, że kiedy ktoś zaprotestuje może go zamkną i zwolnią z
pracy, dzięki czemu pojawi się kilka wakatów. Większość ludzi tutaj wciąż
wierzy, że wolny rynek to gospodarcze optimum. Jeśli czują ból na tym rynku, to
nie traktują tego jako objaw choroby systemu, tylko jako nieuchronną bolesność
leczenia. Spytani o globalne przyczyny swojej trudnej sytuacji nie odpowiedzą,
że to przez to że nie ma socjalnych zabezpieczeń. Stwierdzą, że to przez to że
zbyt długo w tym kraju była komuna. Dlatego protesty traktują w gruncie rzeczy
jako głupotę. Zaprotestują jeśli przestaną wierzyć w kapitalizm. Póki co wierzą
w niego, a problem z jego nieetycznością załatwiają sobie bełkocząc co pewien
czas o tym, że JPII jest dla nich wzorem. To w zupełności wystarcza.
Takie
środowiska jak KP serwują mix dwu rzeczy. Lewicowe pomysły na ekonomię i
polityczna poprawność w zakresie równości płci, ras, wyznań, kultur itd.
Pierwsza część nie współgra z kapitalizmem i jako taka się nie przebija do
świadomości odbiorców w ogóle. Ponadto jest kiepsko promowana, bo większość
lewicowców to humaniści i w dyskusjach o ekonomii wypadają nieprzekonująco.
Druga część współgra z kapitalizmem doskonale, bo pokrywa się z jego
podstawowymi założeniami - możesz mieć co chcesz, zasługujesz na realizację
własnych pragnień, masz prawo sięgać po to o czym marzysz i nikt nie może tego
ograniczać, masz prawo szukać przyjemności we wszystkim co ci tę przyjemność
sprawia. To się przebija łatwo do mainstreamu. Współcześnie łatwiej jest w
mediach lansować polityczną poprawność niż lewicowe diagnozy ekonomiczne. Ale
polityczna poprawność w oczach młodych ludzi jest praktycznie nieodróżnialna od
wszelkich poprzednich form zakłamania, na przykład od pruderii z lat
pięćdziesiątych. Jeśli ktoś chce walczyć z fałszem i szokować (a młodzi mają
ucho do fałszu jak nikt i jak nikt lubią szokować) zostaje faszystą. Dlatego
prędzej niż protestów przeciw śmieciowym umowom spodziewałbym się w Polsce
wystąpień młodych ludzi którzy będa twierdzili, że np. nie lubią przedstawicieli
innych ras

Jaśnie państwo i hołota

Polskie standardy,
-Komorowski: jechał 140 na godzinę
i usprawiedliwia: "ale się nie spóźniłem".
-Kaczyński jechał 180 na godzinę;
usprawiedliwia się: "spałem"
Kurski, dużo, dużo powyżej:
"dobrze mi się jechało"
-Kowalski jechał na motocyklu 180
zabrano mu prawo jazdy na dwa lata.
-Sekielski "w czarno na białym":
"najbardziej się martwię,
o to żeby się nikomu nic nie stało"!
-Przypominają mi się  filmy
pokazujące  stosunki  przedwojennej
pańskiej Polski.
-Nie lubię tej Polski!
Nie ma w niej  prawa
jak w krajach Zachodu
 i nie ma tej kultury wysokiej(!),
którą miała w PRL-u
-Zapisałem to co powiedziała  Wiesia
przy śniadaniu.
Mój komentarz :
Politycy są wyzbyci  wstydu i znaczenia swojej roli
-poczucia odpowiedzialności wobec państwa.
-Dziennikarz zamieszcza durny komentarz
( w stylu Jaworowicz).
 -Nie wie czym powinien się martwić!
Dlatego mało się  dziwię- temu co
powiedziała Wiesia.



-fizyka moralna (2)

Rozmawiamy z kimś- nie możemy  się dogadać.
Widocznie nie używamy  jednakowych pojęć;
nie mamy wspólnej płaszczyzny
uzgodnionych założeń
dla  możliwego  porozumienia.
Założenia wyjściowe  dialogu determinują jego rozstrzygalność,
Jeżeli strony dialogu maja różne założenia
 -to nie należy go podejmować,
bo pozostaniemy - w punkcie końcowym
tym,  gdzie byliśmy -w początkowym.
Strata czasu lub działanie pozorne!
Słuchamy polityków szykujących się do wyborów
mogą się wirtualnie pozabijać,
ale o co oni się spierają?
Czy o wybór najlepszej drogi realizacji celu? 
Bo tylko to jest  polityką! 
Każdy sensowny dialog, w którym baza
założeń wyjściowych jest jednakowa powinien kończyć się
stwierdzeniem: " Uważam, że
 droga do naszego wspólnego celu,
która zaproponowałem jest krótsza, skuteczniejsza,
od Twoich propozycji.
Jeżeli uczestnicy dialogu nie są w stanie dojść do
powyższej formuły wówczas sens ich  konfrontacji
jest bez sensu.

To abstrakcja, a konkretnie:
-Rzadko mamy do czynienia z tak otwartym odkryciem swoich
założeń wyjściowych- zasad moralnych,
 jak ta -naczelnego "Dziennika...":

"Wszystkim obrońcom tzw. zachodniej tradycji demokratycznej warto przypomnieć, że Europa i Ameryka swoją świetność zawdzięczają ...wartościom(?!). ..
wyższości kulturowej, 
podbojów kolonialnych, 
odbierania ziemi Indianom, podboju Afryki. 
..z tamtych czasów pochodzą te stare pieniądze. 
Nikt przy zdrowych zmysłach dziś nie będzie pochwalał
[Nie pochwala -ale godzi się!]
tych brutalnych dokonań, 
które pozwoliły powstać
brytyjskiej, francuskiej, hiszpańskiej, amerykańskiej potędze. .. 
.. dopiero komunizm i faszyzm, 
dyktatury przymusowego kolektywizmu, 
zasiały w indywidualistycznych społecznościach 
fałszywe poczucie sprawiedliwości społecznej".

Mamy do czynienia z  kamuflażem  bo
T.W. nie jest w stanie zgodzić się na 
jakąkolwiek sprawiedliwość społeczną,
bo wykluczyłaby jego podejście 
jednostronnie indywidualistyczne,
Ideologia liberalna, (do której T.W. aspiruje)
ma  uzasadnienie moralne -jak najbardziej-  równości szans.

Gdy Kinga wylicza patologie społeczne gospodarki 
opartej o wyłącznie indywidualistyczna moralność
(narkomania, migracje,terroryzm, rozpad więzi społecznych,
zanik moralnej tkanki...). 
- T. W. powie, że tego nie pochwala -ale się   godzi
traktując patologie i niesprawiedliwość- rosnących nierówności-
w społeczeństwie otwartym! Prowadzące do napięć.
-Jako koszt wolności. Odrzuca  fakt, że  wolność jednych 
ogranicza wolność przegranych i byłoby O.K. gdyby 
przegranymi byli wyłącznie świadomi uczestnicy gry. 
Jak moralność liberalna daje sobie radę z dylematem moralnym 
przegranych nie ze swojej winy i tych przegranych na starcie.
W tym  miejscu moralność liberalna pada.
Jak można z kimś kto wychodzi z takich założeń
 i dylematów nie ma, prowadzić sensowna rozmowę, 
spierać się politycznie, i dochodzić do    rozstrzygnięć.
-Nie można.
-Można! ........





poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Sytuacja -forumowicz Krytyki

 Podwyżki gonią podwyżki: w
Warszawie komunikacja, we Wrocku, Gdańsku i Poznaniu czynsze i ciepła woda. Prąd
i gaz ogólnie, akcyza ma się dobrze. A zgnuśniałe lemingi dostarczają temu pożal
się boże Państewku "żyły złota", w postaci akcyzy - 11 mln dziennie i 
Vatu (polskie zakupki) itp. Nikt tu nie myśli o przyszłości, 94% żyje z dnia na
dzień. 6% korzysta z dobrobytu, 84% nie ma żadnych oszczędności, 14,5 mln
pracujących wg. Social Watch, to nowi "wykluczeni",nie mogą utrzymać się
ze swojej pracy - nie korzystają z edukacji, wypoczynku, kultury!!! Dziękujemy
Wam Liberałowie z Wiejskiej

Kochajcie -to co w życiu robicie!

Steve Jobs,
człowiek, który znalazł swoją drogę.
Jeden z nielicznych, który naznaczył i ukierunkował
przełamał,  przełom wieków.

Ciekawe jest jego kredo!
Jego zdaniem -wymuszone i formalne porzucenie studiów,
gdy został bez środków do życia
-to jedna z najrozsądniejszych decyzji
w jego życiu
("nie róbcie tego w domu") .
Wyrzucenie go z Apple,a
gdy nie wiedział co ze sobą dalej robić
 -to była jego zdaniem
-najlepsze co go mogło spotkać,
bo musiał wszystko zaczynać od nowa.
Przeszkody nie zbijały go z tropu ale dawały mu siłę
i świadomość tego co chce w życiu robić
Te przecież nieszczęśliwe wydarzenia
i późniejsze sukcesy podsumował tak:
"Bądź głodny, bądź głupi".
Nie każdego stać, na to, aby rozpoznać
swoją ścieżkę życia i jej nie zgubić
gdy spychają z niej przeciwności.
Warto wiedzieć.
A tak nawiasem, czy warto robić w życiu
-to co nie daje zadowolenia?

Keynes kontra Hayek

Robert Skidelsky*
2011-08-28, ostatnia aktualizacja 2011-08-26 16:11

Jak zauważył zmarły w 1992 r. w wieku 93 lat austriacki ekonomista Friedrich von Hayek, ostatnie słowo ma ten, kto przeżyje przeciwników. Sam o blisko 50 lat przeżył Johna M. Keynesa, który za życia był jego intelektualnym utrapieniem.

Wielki czas Hayeka to lata 80., kiedy Margaret Thatcher cytowała jego klasyczne dzieło, "Drogę do zniewolenia" z 1944 r., będące generalną rozprawą z centralnym planowaniem. Ale w ekonomii nie ma ostatecznych rozstrzygnięć. Kiedy hayekowska prorynkowa krytyka niewydolnego centralnego planowania święciła triumfy, w ministerstwach finansów i bankach centralnych pamiętano radę Keynesa, że rynki wymagają nieustannych działań stabilizacyjnych.

Obie tradycje przyćmiła chicagowska teoria "racjonalnych oczekiwań", która w minionym ćwierćwieczu zdominowała główny nurt myśli ekonomicznej. Według niej pełna wiedza podmiotów gospodarczych o wszelkich ewentualnościach wyklucza kryzys systemowy - chyba że zdarzy się coś nieoczekiwanego, wykraczającego poza ekonomiczną teorię.

Światowy krach lat 2007-08 obalił teorię „racjonalnych oczekiwań” (czego nie zauważyli jeszcze jej arcykapłani), odnawiając post mortem spór Keynesa z Hayekiem. Pytania są mniej więcej te same, co w czasach Wielkiego Kryzysu lat 30., który zapoczątkował ich spór. Co powoduje załamanie rynku? Co robić podczas kryzysu? Jak skutecznie zapobiegać kolejnym kryzysom?

Na początku lat 30. Hayek, podobnie jak jego dzisiejsi zwolennicy, uważał, że kryzys bierze się z przerostu inwestycji nad oszczędnościami wskutek ekspansji kredytu. Banki pożyczają na niższy procent, niż żądaliby zwykli ciułacze, co zapewnia tymczasową rentowność wszystkich inwestycji. Ale inwestycje te nie wynikają z tego, że podmioty gospodarcze preferują przyszłą konsumpcję kosztem konsumpcji doraźnej, w efekcie więc brakuje oszczędności na ukończenie tych inwestycji. Przez jakiś czas można je podtrzymywać zastrzykami gotówki z banku centralnego. Ale w końcu boom zamienia się w klapę. Każda sztuczna koniunktura kryje więc w sobie zarodek własnej klęski. Uzdrowienie wymaga wycofywania się z chybionych inwestycji, ograniczania konsumpcji i oszczędzania.

Inaczej myślał Keynes (i współcześni keynesiści), widząc przyczynę kryzysu w niedoinwestowaniu w stosunku do oszczędności, tzn. za niskiej konsumpcji, i popycie, by podtrzymać inwestycje w pełni wykorzystujące siłę roboczą, co skutkuje gwałtownym spadkiem oczekiwanej stopy zysku. Taki stan rzeczy można utrzymywać przez jakiś czas, zwiększając zadłużenie konsumentów, w końcu jednak osiągnie ono poziom, przy którym zaczną oni ograniczać wydatki. Keynesowska wizja źródeł kryzysu nie różni się tak bardzo od hayekowskiej, bo w obu kluczową rolę gra nadmierne zadłużenie. Jednak z obu teorii wynikają zupełnie inne wnioski.

Według Hayeka uzdrowienie gospodarki wymaga cięcia inwestycji i zwiększania oszczędności konsumentów, a według Keynesa, przeciwnie, ograniczenia skłonności do oszczędzania i wzrostu konsumpcji dla podtrzymania oczekiwanych zysków spółek. Hayek żąda zaciskania pasa, Keynes - większych wydatków.

Oto dlaczego Hayek przegrał w latach 30. w starciu z Keynesem. Rzecz nie tylko w tym, że polityka cięcia przerostów wiodła do politycznej katastrofy - np. w Niemczech wyniosła do władzy Hitlera. Jak zauważył Keynes, jeśli wszyscy - gospodarstwa domowe, firmy i rządy - zechcą oszczędzać, gospodarka będzie nieuchronnie zwalniać, aż ludzie staną się za biedni, żeby oszczędzać.

Ta wada rozumowania Hayeka kazała większości ekonomistów porzucić jego obóz i opowiedzieć się za keynesowską polityką interwencjonizmu. Jak przypomniał ekonomista Lionel Robbins, „w ówczesnych warunkach deflacyjnego schłodzenia pomysł, że trzeba przede wszystkim ciąć błędne inwestycje ( ) i zachęcać do oszczędzania ( ), był równie niestosowny, jak odmówienie koca i czegoś na pokrzepienie wyciągniętemu z przerębli pijakowi tylko dlatego, że jego pierwotnym problemem było »przegrzanie «”.

Nikt oprócz hayekowskich fanatyków nie ma wątpliwości, że w 2009 r. kolejnemu wielkiemu kryzysowi zapobiegła skoordynowana globalna interwencja. Za ratowanie banków i utrzymanie płynności finansowej wiele rządów zapłaciło nadwerężeniem lub nawet utratą zdolności kredytowej. Ale rośnie świadomość tego, że odchudzanie sektora publicznego przy niskim poziomie wydatków na ten sektor oznacza lata stagnacji, a nawet dalszy regres.

Trzeba więc zmienić politykę. Nadzieja nie w Europie. Prawdziwe pytanie brzmi, czy prezydent Barack Obama będzie w stanie przywdziać szaty prezydenta Franklina Roosevelta.

Według keynesistów zapobieżenie kolejnym równie głębokim kryzysom wymaga wzmocnienia instrumentów makroekonomicznego zarządzania. Hayekowcy nie mają nic sensownego do zaoferowania. O wiele już za późno na ich ulubione lekarstwo - likwidację banków centralnych, rzekomego źródła nadmiernego kredytowania. I bez nich gospodarka narażona byłaby na błędy optymizmu i pesymizmu. A obojętność na skutki uboczne tych błędów to zła i niemoralna polityka.

Mimo więc zasług na polu filozofii wolności Hayek przegrał zasłużenie z Keynesem w latach 30. Zasłużył też na przegraną w obecnej dogrywce.

przeł. Sergiusz Kowalski

*Robert Skidelsky - członek brytyjskiej Izby Lordów, emerytowany profesor ekonomii politycznej Uniwersytetu Warwick


Więcej... http://wyborcza.pl/1,97559,10180681,Keynes_kontra_Hayek__dogrywka.html#ixzz1WQQEqW7r

Optymistycznie

Cezary Michalski
-"Polska nie dostarcza żadnemu polskiemu premierowi takiej siły, takiego potencjału, jakich Niemcy dostarczają swoim szefom rządu. Począwszy od bogactwa materialnego, aż po polityczną wolę i organizację wspólnoty. "


-Cezary czy wiesz  jakie obecnie kłopoty ma Ameryka. Inne, ale nie mniejsze niż my, i nie chodzi tylko o kryzys finansowy. I to są kłopoty amerykańskiego ukształtowanego ostatnimi  dekadami społeczeństwa.
Oni już nieraz potrafili z czegoś takiego wychodzić.- Opanowali tę sztukę.
-Jakie wspaniałe perspektywy-my mamy w Polsce,  ile dziewiczych pól do zagospodarowania;
dzikie pola  mentalności naszych politycznych elit.
Schodząc  z wydumanych wierzchołków ambicji 
i wydobywając się z dolin niemożności 
-właśnie  o tym powiedziałeś 
i krok po kroku, konkretnie do przodu.... 
-Niespodziewanie, chyba, dla siebie 
znalazłeś się na pierwszej linii tergo frontu.



skorowidz tematów oczekujących

1.Logika i polityka
2.Porównanie autorytaryzmu i demokracji
3. Paradoks podjęty przez @wies
-dlaczego prawica ma więcej do powiedzenia niż lewica
4. Argumenty poprawne i takie sobie
5. Jeśli jest nas dwóch- to kto jest ten drugi
6. Tezy, a  gdzie pytania (?) i specyfika internetu
7. Ostatni z wyliczenia ale nie ostatni: "fizyka moralna"
8 Dlaczego  lewica nie daje głosu
9. Ciągle zbyt mało rozwinięty na skutek braku pytań
temat znaczenia równowagi w dzisiejszym świecie.
10. Czy podział na lewicę i nie lewicę ma  w XXI wieku sens?
11.Brak pytań -lewica nie myśli?


sobota, 27 sierpnia 2011

lewica wobec de Soto




Grzesiek  |27.08.2011 10:13:15
Problem z projektami de Soto jest ich niska weryfikowalność w praktyce, a
można by rzec więcej: całkowite oderwanie od empirii. Na uwagę w jego
działaniach natomiast zasługuje element diagnostyczny i komponent badawczy,
natomiast jest to zbyt mało, by przyjmować jego
recepty bezrefleksyjnie…

Hernando de Soto - zachęcam do lektury
szczególnie "Tajemnicy kapitału", proponuje prostą i jakże
oczywistą drogę rozprawienia się z problemem ubóstwa w krajach
Południa. Wystarczy sprowadzić rolę państwa w obszarze polityki społecznej
do zapewnienia obywatelom (nie wszystkim ludziom, co ważne w
kontekście sytuacji ruchów indygenicznych w A.Ł.) tytułów własności do
nieruchomości przez nich zajmowanych. Dzięki temu każdy -
nawet najbiedniejszy - mógłby starać się o legalny kredyt na
inwestycję, gdzie zabezpieczeniem byłaby hipoteka. Mamy tutaj do czynienia
z trzema poważnymi zastrzeżeniami, które nawet polscy publicyści
głównego nurtu postawili:

1. Bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości w
latach 2005-2008 w krajach rozwiniętych w przyszłości może przenieść
się do krajów rozwijających; (nie jest to w 100% pewne, więc idźmy
dalej)

2. de Soto nie wyjaśnia dlaczego banki miałyby
pożyczać pieniądze pod zastaw nieruchomości ludziom ubogim; przykład
wykorzystania pierwotnego pomysłu M. Yunusa w Bangladeszu jest tu niezwykle
istotny -> szczytna idea została wykorzystana przez instytucje
para-bankowe do wyzysku drobnych ciułaczy.

3. (najistotniejsze) de Soto
popełnia błąd strukturalny traktując wszystkich obywateli jako
przedsiębiorców, których złe państwo ogranicza. Gdy państwo sprowadzimy do
roli (tak, tak: zaraz przed "utopieniem go w
wannie") księgowego i buchaltera - wszystko będzie dobrze.

Nie,
nie będzie. A zdanie, sformułowane przez "czytatiela" tj. "Tak
sie sklada, ze lewica powinna raczej popierac pomysly de Soto."
wskazuje na brak znajomości materii i trzeba się mu strukturalnie
przeciwstawić, a nawet okazać merytoryczną
wrogość!

Szanowni Państwo, zachęcam do lektury -> nasi
nie-lewicowi przeciwnicy piszą wiele. Bez znajomości ich tekstów nie
mamy szans im się przeciwstawić.

Chciałoby się rzec: Towarzysze, do książek!






Fizyka moralna (1)

Nie pociągnęłaś dalej tematu @Spokojny
Ale temat uwiera: jak w końcu z tą religią
w rozkroku ? Ma istnieć hipokryzją, dla ludu, bo lud...
Czy na pewno jest dla niej miejsce konieczne?
Czy i czym ją zastąpić? -Jej rolę przejmują ideologie!
Dlatego wymaganie aby ideologia była racjonalna
jest jakby nieuprawnione.
Czy zatem ludzi nie można inaczej mobilizować dla celu
(jakiegokolwiek) jak:
mamiąc ich (nieracjonalnościami),
obietnicami mirażami, rajami itd. itp.?
Obok ideologii wypierających religie,
zastępujących religie,
 ponowić próbę równoległej do  empirii.
-"fizyki moralnej". Zbiór wartości wspólnych.
Czy ponad czasowych? To się okaże.
" Tematem " zajmowali się też (!)
 Newton i Smith.
 Ciekawy jestem Twojego zdania?

piątek, 26 sierpnia 2011

Siła historii polega na tym, że nie jest polityką. Trzeba pisać nie za czy przeciw, trzeba pisać w taki sposób, żeby przeszłość miała swój sens. Jeśli to się uda, czytelnicy na pewno lepiej zrozumieją manipulację. 
                                                        Timothym Snyderem

czwartek, 25 sierpnia 2011

Pochwała dyktatury oświconej (ćwiczenia z wyobraźni)

Czy możemy- w świetle najnowszych doświadczeń dziejowych-
wyobrazić sobie czym by były Chiny  demokratyczne, a Polsce
Jaruzelski nie oddałby władzy   (czego Łagowski nie może mu wybaczyć).

cd. równowaga

Ostatni - który napomina o upadku kapitalizmu- Roubini, 
-nie jest pierwszym.
Smith -zagrożeniem dla kapitalizmu jest monopol.
Marks- sprzeczności rozsadzą go od środka.
Schumpeter  też.


Jeszcze, należałoby określić czy kapitalizm 
może być podsystemem
-żeby rozważania racjonalnie ciągnąć w tym kierunku.


-Jest nie kwestionowanym 
-nawet przez ideologów kapitalizmu jako systemu
-że kapitalizm ma  cechę swoistą -kryzysy (bańki).
Ich podpowiedź: nie interweniować! Niech pękają!
- A co maja mówić skoro alternatywą jest regulacja.
Nie wchodząc w merytoryczny spór, w którym nie są w stanie
poza idealizacją, dać lepszego uzasadnienia
 -jest naiwnie nierealistyczna.  
Taka decyzja polityczna nie znajdzie wykonawcy.
Po Kryzysie lat trzydziestych nie znajdzie się -nigdzie -polityk, 
który by nie próbował załamaniu kryzysowemu przeciwstawiać się

"Równowaga" cd.

Fizycy- niefizykom,
chcąc przybliżyć moment pierwotnego "wszechświata",
demonstrują powierzchnię wypełnioną kulami
ułożonymi w sposób idealnie regularny.
-Był zatem w idealnej równowadze.
Okazało się jednak, że nawet tam nie było ideału.
Gdyby pozostał (świat w równowadze)- to nie było by nas.
I od tej niedoskonałości  zaczęła się różnorodność.
Inny porównywalny moment
rozkręcania  mechanizmu ewolucyjnego,
to doskonała równowaga
materii i antymaterii.
I tu też okazało się, że ideał miał niewyobrażalnie maleńką skazę.
Stąd się wziął dalszy ciąg.
Czy znacie takie pojęcie filozoficzne: "równowaga"?
Równowaga jest -jak synonim istnienia.
Cokolwiek żeby istnieć musi znajdować się w równowadze.

środa, 24 sierpnia 2011

"Równowaga głupcze" (poprzednio:" Dlaczego rewolucja jest zła")

"Równowaga [!?]
wymaga dziś tworzenia miejsc pracy 
m.in. przez dodatkowe bodźce fiskalne 
nastawione na wydajne 
inwestycje infrastrukturalne.
 Wymaga też bardziej progresywnych podatków" 
       Nouriel Roubini (jeden z najbardziej wpływowych ekonomistów)
Nasz  świat XXI  wieku jest 
światem multiplikujących się  nierównowag.
Jest to nadzwyczajna różnica 
w porównaniu do dawnego świata.


Dlatego,
 nakazem nr1 każdej polityki
jest  dbałość o zrównoważony rozwój
i likwidacja napięć: 
w równym stopniu gospodarczych jak społecznych
(implikuje to  jak najszybsze odrzucenie  neoliberalizmu 
jako ideologii prowadzącej do nierównowagi).


Drugim zadaniem  jest remont demokracji,
która na dłuższą metę jest nie do zastąpienia,
ale jej proces degradacji trzeba powstrzymać
(tu znowu neoliberalizm,  ignorujący
 równowagę społeczną nie nadaje się do prowadzenia 
nowoczesnej polityki).


Jaka ma być rola współczesnej lewicy?
W równym stopniu: 
nie dopuścić do  rewolucji, która niesie:
 chaos, destrukcje i nierównowagę,
jak organizować ulice i  demokracje bezpośrednią dla
 przeprowadzania koniecznych zmian prowadzących 
do zrównoważonego społeczno-gospodarczego rozwoju.
Zmian dobrze osadzonych w konkrecie, 
o określonym, wyrazistym celu, sprawie do załatwienia. 
-Droga parlamentarna nie jest dość drożna.


Rewolucja dzisiaj jest zła, bo 
problemem nr.1 polityk
naszych czasów jest likwidacja powstających napięć.
-"Równowaga głupcze"





wtorek, 23 sierpnia 2011

O twierdzeniach ideologicznych

Twierdzenia ideologiczne  dzieli od twierdzeń
nie ideologicznych brak określenia "daty ważności".
(żeby to ująć kolokwialnie).

Jeden z forumowiczów przycisnął mnie pytaniem
( i dobrze, tak lubię): gdzie Hayek napisał, że jego twierdzenia
dotyczące ekonomii mają charakter twierdzeń absolutnych.
Nie napisał!
Ale też nie zaznaczył granic ich obowiązywania
 ( w przeciwieństwie do Smitha
i także  dlatego, to drugi z nich -jest ...),
W ten sposób  pozwolił na taką ich interpretacje
jakby absolutnymi były.
A więc zastrzeżenia forumowicza powinny być zaadresowane
do wszystkich tych: polityków dziennikarzy i ekonomistów,
którzy w ten sposób je taktują,  mając Hayeka za plecami.

Inżynier musi zwracać uwagę na granice obowiązywania formuł.
-Nauka od tego zaczyna:
od wytyczenia granic obowiązywania,
poza którą twierdzenie nie obowiązuje.

Twierdzenia ideologiczne-przeznaczone dla
jak największej"widowni",
elektoratu, zdobywania wyborców, zwolenników
-"duperele"  ograniczeń pomijają.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Stawka podatkowa słynnego amerykańskiego inwestora sięga ledwie połowy stawki jego sekretarki. Buffett uważa taką sytuację za niezdrową. Ocenia, iż w ubiegłym roku jego realna stawka podatkowa wyniosła 17,4 proc. dochodu. Pracownicy biura Buffetta płacą od 33 do 41 proc. W poniedziałek na łamach "New York Timesa" zaapelował o zwiększenie stawki podatkowej zarówno dla siebie, jak i swoich superbogatych kolegów.